Jestem za gruba na siłownię… A i tak na nią chodzę!

gruba-osoba-na-silowni

Zaczęłam chodzić na siłownię. Zbierałam się aż… mhm… ponad rok? Dwa? Pięć? Wiesz czemu tak ciężko było mi się przemóc? Ponieważ sądziłam, że po prostu jestem na siłownię za gruba. Jest to kompletną bzdurą i pokazuje, jak kompleksy wpływają na podejście i podejmowane decyzje.

Doskonale wiem, że nie jestem z takim myśleniem sama. Na portalach o zdrowym odżywianiu, typu Vitalia, co rusz pojawia się pytanie, jak generalnie grubaski są postrzegane na siłowni. Dziewczyny po prostu chcą ze sobą coś zrobić, a blokuje ich to, że miejsce, które jest przecież stworzone dla nich, jest terenem nieprzyjaznym. Dlaczego nieprzyjaznym? Bo kojarzone jest z miejscówką, gdzie lasencje w obcisłych lycrach rzeźbią swoje i tak idealne ciało, a na inne dziewczyny prychają i kręcą głową, wskazując palcem, że właśnie teraz przyszedł antywzór („Boże! Nigdy nie doprowadzę się do takiego stanu!”).

Poza tym, przecież na siłowni nie wygląda się specjalnie atrakcyjnie – człowiek poci się, rozmazuje mu się makijaż, czerwieni się, posapuje, wykonuje krępujące czynności (wypina, napina, wygina). Do tego ten drgający tłuszcz i ogólnie… fe! Nie jest to estetyczny wygląd, a przecież gruba osoba sama w sobie nie jest estetyczna, piękna, więc po co ten obraz jeszcze pogarszać? Po co się zawstydzać?

Nie wspominając, że właśnie przez wyróżnianie się tymi nadprogramowymi kilogramami, można naprawdę poczuć się źle, poczuć kimś gorszym, a do tego dochodzi wstyd za swoje ciało. I nie pomoże tu coachingowe pierdolenie, że można takie dziewczyny potraktować jako motywację, stan, do którego się dąży.

Rozpieprza mnie takie myślenie i nastawienie, chociaż jest mi bardzo bliskie. Sama byłam kilka razy świadkiem i odbiorcą kąśliwych uwag, a i ten złośliwy chochlik o imieniu Kompleks podpowiadał mi, że siłownia nie jest miejscem dla mnie. A przecież już samo przyjście na siłownię świadczy o tym, że nie jestem mentalnym grubasem, który tylko użala się nad sobą, tylko jednak osobą, która nad sobą pracuje.

Dlaczego poszłam na siłownię

W poprzednim moim tekście o tym, że lubię grać w squasha, wspominałam, że jestem osobą, która pilnuje, aby się ruszać. Niekoniecznie biegam (na to jestem za ciężka), ale regularne 5-kilometrowe spacery, rower, a do tego squash jest wystarczające, abym się dobrze czuła. Niestety ostatnie miesiące nie były dla mnie sprzyjające – z pewnych przyczyn zaprzestałam jazdy na rowerze, do tego nie umiałam zmotywować się do wyjścia na spacer, nie wspominając, że mój partner od squasha został kontuzjowany. Dotkliwie czułam w kościach, że nawet minimalnego ruchu mi brakuje.

I pojawiła się okazja.

W głowie już miałam chodzenie na fitness, ale zabrakło mi bodźca. Konkretnie to wsparcia. Wsparciem okazała się koleżanka, która wróciła do Krakowa (wyjechała na jakiś czas) i zaproponowała własnie wspólne chodzenie na siłownię. Żeby nie być gołosłowną, od razu powiedziała gdzie, w jakiej cenie jest karnet.

A ja na to przystałam.

Pracuję nad sobą

Pierwsze przyjście na siłownię było zaprzyjaźnieniem się ze sprzętami, które już i tak znałam. Popedałowałam na rowerku, pomachałam na orbitreku, potruchtałam na bieżni. Potem przyszedł czas na zapoznanie się z ofertą zajęć i wybrałam zajęcia ABT i Fat Burning (musiałam się najpierw dowiedzieć, co to w ogóle jest!). Na siłownię chodzę co dwa dni. Świetne dla mnie jest to, że do obiektu mam dwa kilometry i przemierzam tę trasę pieszo, czyli mam spacer, którego mi tak ostatnio brakowało.

Co ważne, kontroluję wagę i centymetry, ale nie zrażam się brakiem efektów. Jakbym liczyła tylko na takie efekty, to już byłabym w czarnej rozpaczy – po dwóch tygodniach w Google wrzucałabym: „dwa tygodnie na siłowni i nie mam zakwasów”, a następnie: „trzy tygodnie chodzę na siłownię i nie chudnę – co robię źle?!”. Ważne dla mnie jest, że w ogóle się ruszam, odrywam się od biurka i idę na siłownię, nawet spokojnie popedałować na rowerku stacjonarnym.

Nie skorzystałam jeszcze z porad trenera personalnego. Dlaczego? Ponieważ jeszcze nie czuję się pewnie. Koleżanka namawiała mnie, żebym od razu wzięła konsultacje, ale najpierw chcę się rozruszać, poczuć, że to moje miejsce, a potem ustalić plan treningów. Czyli najpierw łamiemy opory, robimy sobie pranie mózgu, a potem bierzemy się do ciężkiej pracy.

Aha, dodam jeszcze jedną rzecz, która pokaże, jak byłam zablokowana. Koleżanka z racji zawodu często wyjeżdża. Zapytała się mnie, czy jak jej nie będzie, to czy będę chodziła na tę siłownię sama. Spanikowałam i poczułam, że nie, bez niej się nigdzie nie ruszam (!!!). Na szczęście szybko przyszedł rozsądek i trzeźwe myślenie – już na drugie zajęcia przyszłam sama, bez wsparcia. Obecnie na siłowni byłam z osiem razy, z czego sześć razy bez koleżanki (i to jeszcze w niedzielę na 9 rano!).

Nie będzie endorfin, będzie apatia i ból

Mówi się, że jak się czuje zakwasy, to znaczy, że trening był udany. Mój pierwszy tydzień był mocno „zakwasowy”. Pierwszy dzień to w ogóle taki, że przyszłam do domu i poszłam… spać (moja koleżanka też wtedy zaległa). Po zajęciach z fitnessu miałam takie zakwasy, że nawet przy mruganiu stękałam, nie wspominając, że sąsiedzi po moich jękach mogli wywnioskować, że w moim domu uprawiane jest jakieś sado-maso. Dlatego te pierwsze dni minęły mi pod znakiem apatii i bólu.

Jeśli ktoś mnie zapyta, czy czuję endorfiny, ten motorek, który codziennie wywlekałby mnie z łóżka, a po zakończeniu treningu sprawiałby, że czułabym się jak motylek, to… nie, nie czuję. W ogóle ostatnio mało co mnie cieszy, więc może to wynika z mojego podejścia do życia. Faktem jednak jest, że lepiej się czuję, tak trochę lżej na ciele, nie jest to jednak euforia. Bardziej jestem szczęśliwa z faktu, że byłam dziś na siłowni, a nie ze skutków samych ćwiczeń.

Nie mam potrzeby opowiadania o treningach

Jak tylko wiadomość o tym, że kupiłam karnet na fitness dotarła do moich koleżanek, zaraz zaczęły się pytania, co robię, na jakie zajęcia chodzę, czy wykonuję treningi siłowe, czy obwodowe, czy chodzę codziennie, jak się czuję itp. Tryskały Chodakowską energią, prężyły swoje bicepsy, demonstrując efekty własnych ćwiczeń. Krzyczały: „Endorfiny! Zakwasy! Taaak!”. Ja nie mam takiej potrzeby.

I to nie dlatego, że jestem na samym początku przyjaźni z hantlami, tylko podświadomie wiem, że robię to dla siebie i żadna taka rozmowa nie zmotywuje mnie do wyjścia z domu. Skoro robię to dla siebie, tym samym nie odpalam Endomondo i nie publikuję wyników na Facebooku, ale za to prowadzę Excel, w którym odnotowuję treningi i pilnuję ich regularności. Nie mówię, jakie to mam cudne zakwasy, bo napierdalałam interwały. Nie informuję koleżanek, że dziś byłam lub nie byłam na siłowni.

Prawdopodobnie więc jest to ostatni tekst z serii „Celina na siłowni”, ale poczułam, że po prostu warto napisać kilka słów – tak dla innych, może inne dziewczyny to zmobilizuje. Zanim jednak go skończę, jeszcze kilka wskazówek.

Jak przekonać się do ćwiczenia na siłowni

Nie będę tutaj mądrzyła się, jak zaplanować trening, w jakich odstępach czasowych trzeba ćwiczyć, czy najpierw cardio, a potem siłowe, czy odwrotnie. Chcę rozprawić się z obawami, które sama miałam, zanim karnet wykupiłam. Do dzieła więc!

  • Jestem za gruba!

Pierdololo. Sama tak myślałam i myślę nadal, ale nie znaczy to, że ma to być wymówka. Ja ją zwalczyłam, teraz czas na Ciebie.

Na siłowni spotkasz reprezentantów wielu sylwetek i umięśnienia. Będą tzw. fitneski (lachonarium!), będą osiłki, ale spotkasz osoby z nadwagą, starsze, młodsze. W moim pierwszym dniu ze smutkiem odnotowałam, że jestem jedyną kobietą w mojej kategorii wagowej, ale obok mnie ćwiczył pan koło pięćdziesiątki, który sprawiał, że nie czułam się źle i wspólnie posapywaliśmy na naszych orbitrekach. Teraz, za każdym razem, czuję się po prostu dobrze i przestaję porównywać się z innymi, czy szukać osoby większej ode mnie. Skupiona jestem na sobie i dostosowywaniu ćwiczeń, a wzrok mam wbity w ekran urządzenia, gdzie leci telewizja lub inne programy – świat mnie już nie interesuje.

  • Wszyscy na mnie patrzą!

Bzdura numer jeden i chyba najważniejsza, bo sprowadza się do tego, że wstydzisz się swojego ciała, wobec czego nie chcesz go eksponować, a tym bardziej nie chcesz, aby ktoś inny na Ciebie patrzył.

Na siłowni wszyscy skupieni są na ćwiczeniach. Muszą być na nich skupieni, bo od nich zależy powodzenie treningu. Okej, ktoś na Ciebie spojrzy przelotnie, ale nie obawiaj się zaraz, że jakaś grupka osiłków usiądzie na ławeczce i będzie dziarsko komentować Twoje poczynania sportowe. Zauważyłam, że naprawdę tam nikt nie patrzy na sąsiada – jedni wskakują na bieżnię, inni na orbitreka, dziewczyny na rowerkach czytają książki, słuchają muzyki. Nikt nie przychodzi tam, by obserwować.

Zauważyłam to na dwóch siłowniach – chodzę na squasha do małego klubu sportowego, a na fitness do sieciówki. W żadnym z tych miejsc nie poczułam się aż tak źle, żeby już tam więcej nie przychodzić. Są czasem „incydenty”, najczęściej w wykonaniu dwóch zakoleżkowanych i zblazowanych niuń, które obcinają mnie spojrzeniem. Do tego mam czasem chore myślenie, jak ktoś o milisekundę za długo na mnie popatrzy, ale nie robię w tył zwrot i nie wychodzę z siłowni. Tłumię w sobie te emocje, powtarzając, że lepiej być tu i ćwiczyć, niż tam i użalać się nad sobą.

  • Nie pójdę sama!

Zaprzyjaźniona dusza jest świetnym motywatorem. Jeśli myślisz o siłowni, ale wciąż brakuje Ci odwagi, by na nią pójść, umów się z koleżanką. Wprawdzie na samej siłowni każda zajmuje się sobą, ale świadomość, że obok Ciebie jest ktoś znajomy, doda Ci pewności siebie. Tylko pamiętaj, jak już idziesz z koleżanką, to po to, aby ćwiczyć, a nie gawędzić!

  • Wstydzę się potu!

Noo… na siłownię idzie się przecież po to, by spocić się jak świnia. Pocenie się jest naturalną reakcją organizmu, nie ma tu absolutnie nic do wstydzenia się. Ja cierpię na nadpotliwość – nawet X kilogramów temu pociłam się przy mieszaniu cukru w herbacie, teraz ta dolegliwość przez dodatkowe kilogramy jest spotęgowana. Wiem o niej, dlatego zawsze odpowiednio się przygotowuję – ze sobą na siłowni noszę ręczniczek (taki mały, z Ikea za 1,50 zł) i przecieram pot z twarzy. W lustrzanym odbiciu widzę swoją nabrzmiałą i spoconą twarz, ale już niespecjalnie się tym przejmuję. Wszyscy tam się pocą, to jest miejsce dedykowane potowi.

Zawsze po skorzystaniu z urządzeń wycieram je. Na siłowni jest udostępniony płyn dezynfekujący w spryskiwaczu i papier, więc biorę i wycieram ślady potu po moim zadku i tym podobnych, nie zapominając przetrzeć również ekranu dotykowego (w końcu majstrowałam tam paluchami).

  • Nie wiem, co miałabym tam robić!

Na początek rób cokolwiek. Najważniejsze jest, żebyś w ogóle zaczęła się ruszać. Najszybszym sposobem na oswojenie z siłownią jest skorzystanie ze standardowych sprzętów, jak rowerek, orbitrek czy bieżnia. Potem wprowadzaj inne sprzęty.

Osobiście sama nie wiem, do czego służy 80% sprzętów na siłowni, ale już raz poprosiłam kogoś o demonstrację i dziewczyna bez grymaszenia, wręcz z uśmiechem na ustach, pokazała mi, jak się z tego czegoś korzysta (serio, nie wiem, co to było za cudo, ale chodziło o ćwiczenia ramion). Z czasem nabierzesz śmiałości i ochoty na inne urządzenia – wtedy nie krępuj się pytać innych (ale w granicach rozsądku), patrz na instrukcje, które są przylepione, zapisz się na zajęcia z wykorzystaniem poszczególnych ciężarów czy innych przyrządów.

Skorzystaj z porady trenera personalnego, który po pierwsze, pokaże Ci, jak prawidłowo korzystać ze sprzętów, po drugie, doradzi, jaki rodzaj ćwiczeń jest dla Ciebie najlepszy, biorąc pod uwagę efekty, jakie chcesz osiągnąć.

  • Nie mam odpowiednich ubrań!

Ubierz się normalnie. Nie musisz od razu wbijać się w getry i nosić kolorowych termoaktywnych koszulek, ostro wyciętych pod pachami. Ja sama chodzę w stroju na squasha, czyli zwykłe spodenki i koszulka. Postaw po prostu na wygodę i na to, że będziesz musiała te ciuchy po każdym treningu prać, więc nie wykosztuj się nagle na gacie za 200 zł, lepiej kup dwie pary gaci na zmianę za o wiele mniejsze pieniądze.

Tak szczerze, to sama się zastanawiam, o co chodzi z tą modą fitnessową. Okej, rozumiem, specjalny materiał, molekuły srebra i inne tałatajstwa, ale w chodzeniu na siłownię nie jest ważne to, co masz na sobie, tylko to, że w ogóle ćwiczysz. Prezentuj się po prostu przyzwoicie i ćwicz. Zacznij od wyjścia na siłownię, a nie od zakupów w sklepie sportowym.

  • Chciałabym, ale nie mam czasu!

No, tutaj jednak mocny punkt, bo jednak trzeba mieć czas. Gorzej, jeśli jest to tylko wymówka, a ten „cenny czas” marnujesz na oglądanie seriali czy lepienie figurek z chleba. Jeśli masz napięty grafik, a możesz z czegoś zrezygnować, czy przesunąć – zrób to. Umiejętność zarządzania czasem jest bardzo cenna.

Sama ćwiczę minimum godzinę, co z dojściem na siłownię i powrotem robi już dwie godziny, a jeszcze często idę na masażer (taki wiesz, rollmasaż, gdzie tam sobie masujesz nogi i inne części ciała), więc czasem zajmuje mi to tak dwie lub trzy godziny. Zaplanuj sobie odpowiednio treningi, nie musisz ich tak rozciągać, jak ja; ja mam czas na spacer czy rollmasaż.

  • Nie rozbiorę się pod prysznicem!

W jednej siłowni, w której byłam, prysznic to wolna przestrzeń ze szklanymi ściankami. W życiu bym tam się nie rozebrała. W tej, do której chodzę, są normalnie kabiny. Ale coś Ci zdradzę – nie idę pod prysznic. Szkoda zwyczajnie mi czasu. I widzę, że wiele dziewczyn po treningu również prysznic opuszcza. U mnie powód jest taki, że wolę iść szybciutko do domu, zażyć kąpieli na swój styl, na spokojnie, nasmarować się wszystkim, co mam, a potem schnąć i w międzyczasie robić inne zaplanowane na ten dzień czynności.

Najważniejsze jednak jest, aby po każdym treningu się przebrać, nie tylko koszulkę, ale też skarpetki i bieliznę. Do odświeżenia wystarczy woda i mydło – ja przecieram twarz i miejsca newralgiczne (pachy), używam dezodorantu (bezzapachowego, żeby już nie smrodzić) i się przebieram. Po powrocie z siłowni wskakuję od razu pod prysznic i reszta dnia jest już moja.

 

Żeby zmotywować Cię już kompletnie, bardzo podoba mi się akcja w Wielkiej Brytanii „This Girl Can”, która udowadnia, że nawet osoby otyłe mogą być sprawne fizyczne. Że to, że jesteś za gruba na siłownię, za gruba, by tańczyć na parkiecie, grać w koszykówkę, by ćwiczyć cokolwiek, jest totalną bzdurą, która siedzi Ci w głowie, z którą trzeba się raz na zawsze rozprawić. Musisz tylko chcieć.

To co? Zmotywowałam Cię w jakiś sposób? Może masz jeszcze inne obawy, które początkująca siłaczka byłaby w stanie rozwiązać? Podziel się w komentarzu!

  • Pamiętam jak ja pierwszy raz szlam na siłownię 😀 Trudno było się zebrać, ale jak już wybrałyśmy się razem z kumpelą, to po tygodniu nie miałam oporów, żeby chodzić sama. Co więcej, na sali pojawiałam się często o 7:30 rano, żeby poćwiczyć jeszcze przez zajęciami! Chodziłam naładowana energią i chciałam więcej i więcej! Powodzenia w Twoich zmaganiach, nie poddawaj się!:)

    • Dzięki. Na pewno się nie poddam 🙂 Tak mogę porównać, że pójście na siłownię jest dla mnie jak pójście do szkoły – codzienny rytuał po prostu i idę nawet w deszcz. Najczęściej idę na 9-10 rano, bo mniej ludzi, no i rano lepiej, bo cały dzień ma się dla siebie potem.

      Wprawdzie nie mam takiej energii, jak Ty, ale podejrzewam, że jak zobaczę efekty, np. w postaci wejścia na 4 piętro bez posapywania, to będzie euforia 🙂

  • AMEN! Też tak kiedyś myślałam, ale masz rację nikt na ciebie nie patrzy, wszyscy są skupieni na ćwiczeniach i wszyscy się pocą, – przynajmniej powinni! 🙂

    Zimą brak mi motywacji do ćwiczeń, ale to chyba kwestia lenistwa, a nie kompleksów.

    • Zima ogólnie rozleniwia, zapadamy w taki sen zimowy i czekamy na wiosnę. Sama jestem ciekawa, jak to będzie u mnie, ale ja jestem z tych, co jak raz sobie coś powiedzą, to to kontynuują, np. po mojej codziennej jeździe na rowerze to było widać – zawsze mi się chciało, miałam już to w mózgu. Liczę więc, że i tutaj tak będzie i nie zalegnę zimową porą w fotelu, z kotem na kolanach i z winem w ręku, choć to kusząca perspektywa 🙂 Trzeba zbalansować – rano siłownia, wieczorem nagroda 😉

  • Super, super wpis, absolutnie w punkt! Bo, serio, czy jesteś przy kości czy nie – generalnie kobiety wstydzą się chodzić na siłownię. Nie wiadomo co z tymi sprzętami robić, no bo zająć stację i czytać opis? Ja już się przełamałam, ale kilka lat temu, rzeczywiście, „rozgoszczenie się” na siłowni było jednym wielkim stresem 😀

    • U mnie samo wyjście na siłownię trwało… no, trzeba by przeliczyć w latach. Zawsze chciałam iść, ale blokowało mnie. Zanim poszłam, to też czytałam wpisy na blogach dziewczyn z nadwagą, jak się przemogły; sprawdzałam wątki na Vitalii… Zrobiłam sobie takie lekturowe pranie mózgu 🙂

      Teraz cwaniakuję, bo chodzę 4 tydzień i nie ma dla mnie problemu wstać rano, wypić kawę i wyjść, ale wcześniej to przodowało myślenie, że „jestem za gruba, wszyscy będą patrzeć, co ja tam będę robić”… Nie lubię siebie takiej, takiej wiesz, zablokowanej. Na szczęście odblokowałam się na tyle, że w piątek wskakuję na nowe sprzęty 🙂

  • Magdalena/Pracownia w Dolinie

    Świetny tekst. Bardzo motywujący:) Ja zaczęłam swoją przygodę z aikido w wieku 42 lat, po 20 latach przerwy w regularnej aktywności fizycznej (na wuefie oczywiście…). Musiałam zacząć coś robić, bo zdrowie poszybowało w dół, a waga do góry. Wylewam siódme poty na macie i w przeciwieństwie do siłowni gdzie każdy ćwiczy sam – mam bliski kontakt z innymi spoconymi jak ścierki aikodokami. Na szczęście nie miałam tej bariery w głowie – mają ją osoby które namawiałam na wspólne treningi. To bardzo dziwne, ale kiedy próbowałam z siłowniami i klubami fitness porównywałam swoje ciało do innych ciał – na aikido porównuję swoje umiejętności do tego co inni potrafią i jest to dla mnie większym motorem do działania niż likwidacja cellulitu na moim tyłku:) To przyjdzie z czasem, po którym będę nie tylko „zdrowa, piękna i szczupła” ale też będę wymiatać na macie:) Pozdrawiam i życzę wytrwałości i zdrowej sylwetki!

    • O, sztuki walki to jest coś, co zawsze mnie kręciło 🙂 Chodziłam przez jakiś czas na tai-chi, ale nudziło mnie to, bo wolę jednak dynamikę; aikido trenowała moja siostra, judo mój chłopak – chłopak kontuzjowany, więc nawet nie mam co go targać na jakieś zajęcia, ale rozważaliśmy wspólne chodzenie, a tu pyk! kontuzja.

      Masz rację w tym, że na takich treningach chodzi o doskonalenie umiejętności a nie o to, jak ktoś wygląda lub ma cel w pozbyciu się sadełka – na zajęciach z tai-chi naprawdę było różnorodnie – grubi, chudzi, starzy, młodzi, zaawansowani w sztuce, początkujący. Klimat naprawdę był przyjazny, a każdy był skupiony na powtarzaniu form.

      Jestem tylko tym przerażona, że naprawdę stereotypowo tyle w nas kompleksów i jakiś wewnętrznych blokad; ile wysiłku i pracy nad sobą potrzeba, aby się przemóc i pójść na te pierwsze zajęcia. Potem już samo pójdzie, ale ten pierwszy krok to często jakieś chore myślenie. Zwalczyłam to w sobie i naprawdę, mimo że mam te dodatkowe kilogramy, chodzę na siłownię z myślą „ruszaj się!”, a nie „spalaj i chudnij” – to może przyjdzie potem, dla mnie najważniejsze jest, by ten ruch wszedł mi na tyle w krew, żebym miała przyjemność z niego 🙂 I nie mogę się doczekać aż wejdę na 4 piętro bez posapywania 😉

  • No i tak mnie nie przekonałaś niestety. Marzę o czymś takim jak siłownia dla plus sizek. Byłam raz – jeden raz i zostałam zjechana wzrokiem od góry do dołu, gdzieś tam z tyłu słyszałam szepty. To nie było przyjemne a ja nie mogłam się otrząsnąć po tej wizycie jeszcze bardzo długo.

    • Może zachęcę Cię, jak dopowiem Ci, że sama byłam kilka lat temu w jednej siłowni zapytać o cennik, zajęcia etc. Niestety już na samej recepcji poczułam się zgnojona, bo czułam wiszące na mnie spojrzenia „fitnesek” w tle (za recepcją już była sala), do tego na kanapie oczekiwało kilka osób. Źle się czułam. Do tego dodam, że okna siłowni wychodziły na… galerię. Nie chciałam się więc wystawiać na widok publiczny. Kilka sekund, a mój komfort został tak zburzony, że – jak widzisz – teraz zbierałam się chyba z 5 lat, żeby znowu spróbować.

      Wszystko zależy od samej siłowni. Czytałam opinie na forach, gdzie dziewczyny też piszą o „mierzeniu spojrzeniem”, sama tego doświaczyłam, ale tak naprawdę też dużo dzieje się w głowie – jak już raz przekonasz się, że masz w dupie takie szepty, tak będziesz miała je potem w dupie cały czas 🙂

      Jeśli spróbowałaś tylko raz i się sparzyłaś, daj szanse jeszcze innej siłowni. Posprawdzaj fora, która jest przyjazna plus size – dużo dziewczyn w internecie rekomenduje takie miejscówki. I masz rację – przydałaby się siłownia dla większych dziewczyn, gdzie nie byłoby oceniających niuń, nie wspominając, że takie grono plus size byłoby niezłym wzajemnym motywatorem (mnie fitneski nie motywują nic a nic :)).

      • Może i masz rację, mnie osoby mega wytrenowane nie bardzo motywują a wręcz odwrotnie, przypominają o tym jak marną posiadam silną wolę 😛 To przecież nic złego że większe dziewczyny też chcą poćwiczyć a jednak jest ten przytłumiony hejt. Proszę, mamy pomysł na biznes – Siłownia dla plus sizek 😀