Rozmowa o pracę: Trzy twarze Celiny jako kandydatki do pracy

rozmowa kwalifikacyjna

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że na każdej rozmowie kwalifikacyjnej wypada się inaczej. Ja ostatnio byłam na trzech rozmowach i zaprezentowałam trzy Celiny. Aż sama się sobie dziwię, że mam tyle twarzy. Co miało na to wpływ? Wyjaśnię poniżej.

Wprawdzie nie szukam pracy, ale to praca szuka mnie. Oznacza to tyle, że odbieram maile lub telefony od firm, które są zainteresowane współpracą ze mną, a którym jakieś serwisy biznesowe wypluły moje CV jako godne zainteresowania. Mogłabym te firmy spławiać, ale doszłam do wniosku, że jak oferta pracy wyda mi się atrakcyjna, to warto udać się na rozmowę kwalifikacyjną. A nuż trafię na pracę, która pozwoli mi wozić się Lamborgini czy popierniczać w szpilkach od Louboutina, na które będzie mnie po prostu stać.

Może najpierw kilka słów o poszukiwaniu przeze mnie pracy.

Nie jest to dla mnie pierwszyzna. Jeszcze dwa lata temu namiętnie chodziłam i jeździłam na rozmowy po przeprowadzce do Krakowa. Można więc powiedzieć, że jestem zwierzęciem rekrutacyjnym, bo doszło do tego, że rozmów się nie bałam – żołądek w pętelkę się nie zawiązywał, głos nie drżał, a ja szłam zupełnie na spokojnie. Już dawno po sobie poznałam, że im bardziej lajtowo podejdę, tym lepiej się zaprezentuję.

Okej, trochę naginam fakty, bo stres jakiś był, ale nie był to stres obezwładniający, tylko jakieś drobne jego symptomy, jak bardziej potliwe dłonie czy nerwowe gesty. Na szczęście to mijało już w pierwszych minutach trwania spotkania rekrutacyjnego.

Teraz również, ponieważ pracy nie szukam, bardzo spokojnie podeszłam do przedstawianych mi ofert. W duszy się cieszyłam przeogromnie, bo w końcu ktoś moje CV w tych rozbudowanych bazach zauważył. Gdy mój chłopak, programista, w tygodniu na LinkedIn otrzymuje średnio trzy lukratywne oferty pracy (serio lukratywne, większość oczywiście dotyczy zagranicy), ja dotąd nie otrzymywałam żadnej, mimo zaznaczenia stosownych pól, zastosowania słów kluczowych, wskazania branży i zainteresowań czy dodania krzyczącego anonsu „Szukam pracy!”.

A teraz? Przeszłam na swoje i się zaczęło. Oczywiście na wymienionych wyżej serwisach zaktualizowałam swoje CV i zaznaczyłam, że obecnie nie pracuję. To mi pomogło, ale – moim zdaniem – pewnie pomogło też to, że firmy doceniają urok serwisów typu GoldenLine czy LinkedIn i częściej z nich korzystają. Dodatkowo Pracuj.pl uruchomiło selektor, który dopasowuje kandydata pod zamieszczoną ofertę pracy, więc nawet nie trzeba na nic odpowiadać, bo może system sam cię wylosuje i zarekomenduje pracodawcy.

Tak było w moim przypadku. Zostałam wypluta przez system losujący i wskazana jako „heeeej, ona jest dobra, no eeeeeeeej, bierz ją”.

Przejdę do opisywania, jak na poszczególnych rozmowach wypadłam w moim odczuciu (odczuć tej drugiej strony zapewne nie będzie dane mi poznać). Opis moich twarzy pochodzą z pierwszej myśli, jaka pojawiła się w mojej głowie zaraz po wyjściu z rozmowy.

Pokrótce też napiszę, co wpłynęło na to, że zachowałam się na rozmowach tak, a nie inaczej. Będzie to podejście dość selektywne, bo nie jestem w stanie wskazać wszystkiego, więc wskażę te, które w mojej opinii miały kluczowe znaczenie.

Pierwsza twarz Celiny: Koleżanka

Tło: Dostałam dość konkretną ofertę pracy dotyczącą reklamy internetowej. Zadzwoniła do mnie pani z działu kadr i płac, która już na początku nie wydawała mi się zbyt profesjonalna. To ja zaprezentowałam przez telefon większy profesjonalizm i nie wypadłam z roli. Czym się ten brak objawiał? Pani robiła wtrącenia na zasadzie „no”, „aha”, czasem coś milczała i słyszałam, że grzebie w papierach, mlaskając pod nosem. Stwierdziłam, że jakaś siksa po prostu, która miała zadzwonić i mnie umówić i na tym jej zadanie się skończy.

Rozmowa była również z nią.

Zadała mi standardowe pytania dotyczące CV, które oczywiście polegały na rozwinięciu tego, co wypunktowałam. Zapytała, czym się interesuję, to powiedziałam konkretnie, bo już dawno określiłam, co chcę w życiu robić i brnę w to nadal. Powiedziała, że dobrze się składa, bo nie tylko szukają specjalisty do spraw reklamy internetowej, ale i szeroko pojętego marketingu on-line. Dopytała o kilka ogólnych rzeczy, czy znam to, czy używałam, jaki jest mój stopień zaawansowania.

Jak wypadłam: Jak koleżanka. Mówiłam bardzo swobodnie, oczywiście nie robiąc potocznych wtrąceń, ale serwowałam czasem jakiś żarcik. Czułam się swobodnie, co też odbiło się na rekruterce. Takie coś na przykład:

Rekruterka: „Przepraszam, muszę się napić wody, bo jestem sucha”.

I obie zachichotałyśmy pod nosem na to jawne (niejawne?) skojarzenie. No, klimat prawie że barowy.

Co na to miało wpływ: Zapewne samo podejście rekruterki i jej postawa. Też fakt, że w pierwszym kontakcie była nieprofesjonalna i przez to „siksą” dla mnie. Widząc że rozmowa będzie tylko z nią, od razu spuściłam z tonu i przeszłam na jej poziom.

Również wpłynęły na to obserwacje, podczas gdy siedziałam przy recepcji, a dziewczyny przy desku nie przejmowały się moją obecnością i klachały w najlepsze. Co chwilę ktoś do nich podchodził i rzucał jakiś żarcik. Mniej lub bardziej wybredny. Już wtedy zaobserwowałam u siebie zbyt duże wyluzowanie i zmianę podejścia, które było odpowiedzią na panujący koleżeński klimat.

Sama rozmowa również miała bardzo ogólny charakter, więc moje nastawienie i odpowiedzi również takie były, bo nie chciałam wchodzić w zbędne dywagacje, skoro rekruterka nie prezentowała wiedzy na moim poziomie (miała tylko zadać kilka standardowych pytań i zrobić pierwszy odsiew).

Druga twarz Celiny: Żałosny mięczak

Tło: Oferta od dość znanej w branży firmy, którą już wcześniej znałam i poczułam, że to może być „to”. Dostałam zaproszenie od rekruterki, która wybadała mnie szczątkowo, a rozmowa miała już być z samym prezesem.

Jak wypadłam: Jak żałosny mięczak, nie mający wiedzy, tylko jakieś tam ogólne pojęcie. Starałam się wprawdzie rzeczowo odpowiadać, ale często traciłam wątek. Nie jąkałam się, nic z tych rzeczy. Starałam się trzymać fason, bo wiedziałam, że odpowiedzi na pytania znam, ale mój mózg nie chciał podjąć wysiłku i zwyczajnie… wypływał mi uszami. Czułam się ociężała intelektualnie.

Co na to miało wpływ: Czułam się poniżona. Od samego początku. Naprawdę. Najpierw drzwi nie chciały się otworzyć, mimo że dzwoniłam na domofon i słyszałam brzęczyk (w końcu udało mi się wejść, gdy ktoś wychodził). To mnie trochę rozstroiło na wstępie.

W recepcji panowała cisza i mimo że przedstawiłam się z uśmiechem na twarzy, pani recepcjonistka nie odwzajemniła go, tylko wskazała kanapę. Gdy oczekiwałam pana prezesa, on kilka razy mignął na korytarzu. Kilka metrów ode mnie, ani razu nie zaszczycając mnie spojrzeniem. Drogi garnitur, modna fryzura, ręka w kieszeni i niespieszny krok. Nie podszedł, nie powiedział czegoś w rodzaju: „Witam, zaraz do pani podejdę”. Nie. Spacerował, nie odnotowując mojego istnienia, a ja siedziałam i czekałam dłużej, ponieważ rozmowa się opóźniła o dziesięć minut. A on w tym czasie chodził z tą ręką w kieszeni w tę i we w tę. Mimo że nie oczekuję specjalnego traktowania, to nie poczułam się szanowana. Zauważona i szanowana. Zwykły gest uprzejmości nakazuje chociaż podejść i powiedzieć, że rozmowa się opóźni. Nic. Null. Zero.

Jak w końcu mnie zauważył, to podszedł tak metr ode mnie i: „Pani Celina? Proszę za mną”. No to poszłam za nim. On ciągle miał tę rękę w kieszeni. Wprowadził mnie do biura, gdzie czekała już jego pracownica, która przeprosiła, że rozmowa będzie w gabinecie, ale zapomnieli zarezerwować salki. Okeeeej…. Zapadłam się więc w skórzanym fotelu i czekałam na ostrzał pytań, czując się bardzo nieswojo i tracąc zupełnie pewność siebie.

To była pomyłka. Wystarczyły mi zaledwie dwie minuty, a odnotowałam, że oni i ja tracimy tylko czas. Stanowisko, na które zostałam im zarekomendowana, wprawdzie zgadzało się z moim doświadczeniem, ale zakres obowiązków był znacznie rozbudowany i skonkretyzowany. W skutek tego zwyczajnie bym się nie nadawała, ponieważ: a) nie jestem ekspertem w tym zagadnieniu, b) a nawet jeśli bym się douczyła, to i tak nie chciałabym się tym zajmować przez osiem godzin dziennie.

Nie pomógł nawet fakt, że zwyczajnie pana prezesa nie polubiłam od pierwszych sekund. Nie tylko przez to, że się nie przywitał, a ja swoją godność mam, ale również jego sposób patrzenia na mnie, mówienia nie wzbudził mojej sympatii nawet w dalszej rozmowie. Miałam wrażenie, że on, zadając mi po kolei pytania, chce mi pokazać, jakim imbecylem jestem. W głowie miałam alert: „Nie chcę pracować z tym człowiekiem”.

Widziałam, że chyba każdemu z nas kotłują się dwa słowa w głowie: pomyłka, żałość. Dalej trochę mi wstyd, że tak źle wypadłam, bo wiem, że z innym nastawieniem bym trochę tam zwojowała, ale w sumie dobrze się stało, bo nadal jestem wierna myśli, że nie było to moje wymarzone miejsce pracy.

Trzecia twarz Celiny: Suka

Tło: Nieskonkretyzowana oferta pracy na zasadzie „szukamy kilku osób, sprawdzimy, do czego możesz nam się przydać”. Od początku kontakt telefoniczny był uprzejmy i profesjonalny, przez słuchawkę słyszałam uśmiech pani dzwoniącej. Samą firmę również kojarzyłam, ponieważ już wcześniej jej oferty pracy przeglądałam i wiedziałam, że działają w obszarach, które mnie interesują. Stwierdziłam więc, że co mi szkodzi. Idę!

Rozmowa odbywała się z panią z działu kadr i dyrektorem działu, do którego zatrudniają nowe osoby. I tu od razu napiszę o moich „fakapach”.

Nie doczytałam informacji na temat firmy. Jak zawsze to robiłam i nigdy o to nie byłam pytana, tak tu był to pierwszy strzał. A ja głupia zaufałam moim skojarzeniom z tą firmą. Nie było to jednak wystarczające. Było to pierwsze pytanie, na którym poleciałam. Nigdy więc, ale to nigdy, nie idźcie nieprzygotowani na rozmowę tak jak ja, bo już w pierwszej minucie byłam czerwona i odliczałam w myślach do dziesięciu, aby się uspokoić. (Chociaż mój chłop informatyk na taką złotą radę aż prychnął, bo w jego branży liczy się umiejętność kodowania, a nie wiedza na temat firmy.)

Byłam odpytywana w języku angielskim. Uff, jak dobrze, że w CV nie kombinuję i zawsze jestem szczera. Angielski mam średniozaawansowany, dawno nie był używany na żywo, przez co po zakończeniu mojego monologu w tym języku zaczerwieniłam się po raz drugi i było mi przykro, że musieli tego słuchać.

Jak wypadłam: Jak pewna siebie sucz. Naprawdę. Mimo moich fakapów, odpowiadałam mega konkretnie na pytania, rzeczowo, często wyliczając coś i pokazując na palcach. Uśmiechałam się, patrzyłam po kolei każdemu w oczy. Aha, byłam szczera. Bardzo. Nie owijałam w bawełnę. Jak czegoś nie pamiętałam, mówiłam: „Przykro mi, nie pamiętam”. Jak czegoś nie wiedziałam, mówiłam: „Nie wiem / Nie znam”. Nie bałam się przyznać do braku wiedzy, w końcu jestem człowiekiem i nie posiadam wiedzy całego świata (potem tę wiedzę posiadłam, bo to, na co nie znałam odpowiedzi, już w zaciszu domowym sprawdziłam i się dowiedziałam).

Nawet na pytanie, jakim jestem typem pracownika, czując „moc”, mówiłam, że konkretnym, pewnym siebie i niebojącym się ryzyka. Bo tak się wtedy czułam. I taka też w końcu jestem, bo w głowie przewijały mi się sytuacje z poprzednich prac, które były potwierdzeniem tej tezy.

Co na to miało wpływ: Przede wszystkim fakt, że pytali o rzeczy zawarte w CV, ale ewidentnie było widać, że to ich naprawdę interesuje i że się na tym znają. A ja w tych obszarach czuję się pewnie, a sposób zadawania przez nich pytań był na zasadzie „interesuje nas to”, a nie „zobaczymy, suko, co potrafisz”.

Ale pierwszą najważniejszą rzeczą były… oczy rekruterki. Już sam fakt, że była miła (ale nie przesadnie miła) przez telefon i podczas rozmowy plus jej te naprawdę sympatycznie patrzące oczy. Te sekundy, kiedy się witałyśmy, od razu dodały mi pewności siebie. Zapach kawy unoszący się w powietrzu (serio, działa to na mnie, jak wchodzisz do obcego biura, a tam kawunia), przebijające śmiechy za ścian z pokojów… Jak już usiadłam w salce, to wiedziałam, że się zbiorę w sobie i postaram się wypaść jak najlepiej.

Sam pan dyrektor podczas rozmowy miał kamienną twarz i nie mogłam poznać po nim emocji. Coś tam odnotowywał, brwi mu nie drgały, zadawał szczegółowe i rzeczowe pytania, przy tym będąc ciągle na płaszczyźnie uprzejmości (delikatnej, ale jednak).

Wyszłam stamtąd po ponad półtoragodzinnej rozmowie. Zrobiłam również test kompetencyjny, który podobno nie był zaplanowany na tym etapie, ale podejrzewam, że też szybko chcieli sprawdzić, czy to co mówię, pokrywa się w rzeczywistości. Szczególnie, że badali również mój copywriting, który sama określiłam na celujący – dokładnie strzelając tym określeniem w twarz dyrektora, jak zapytał, jak oceniam swoje „lekkie pióro”.

Która to naprawdę ja?

Suka. I nie dlatego, że chcę być tak postrzegana, tylko naprawdę taka jestem. Nie bez przyczyny z poprzedniej pracy wyniosłam kubek z kastetem zamiast standardowej rączki. Nie bez powodu to moja osoba była wyznaczona jako odpowiedzialna przed różnymi instytucjami, w tym przed Urzędem Skarbowym; miałam przyjemność nawet z samym CBŚ i gdy inni trzęśli gadkami, ja podeszłam rzeczowo do tematu i potrafiłam z funkcjonariuszami normalnie i bez spiny rozmawiać.

Ta sukowatość nie oznacza złośliwej zołzy czy wyrachowanej suki, ale kobietę, która swój rozsądek ma, wie, czego chce i potrafi o to zawalczyć. Do tego jest konkretna – nie lubię, jak w jakiejś rozmowie biznesowej ktoś mówi wiele rzeczy kompletnie niewnoszących nic do dyskusji. Nie lubię siebie, gdy z różnych przyczyn zaczynam gadać od rzeczy. Wiem, że czasem taki słowny strumień świadomości jest potrzebny, szczególnie w branżach kreatywnych, ale nie w sytuacjach, kiedy to właśnie konkrety są na wagę złota. Lubię konkretnych ludzi. Lubię, jak sama jestem konkretna.

 

Wiem, że można się nie zgodzić z tym, że można wypaść na rozmowie różnie. Że wystarczy mieć odpowiednie nastawienie, podejść profesjonalnie, nie dać się emocjom etc. Ale czasem siły wyższe są silniejsze, czasem wystarczy wstać lewą nogą, spóźnić się na tramwaj, a już pewność siebie jest zachwiana. Mimo że staram się w każdej sytuacji wypaść jak najlepiej i zachować twarz, to i tak emocje we mnie kotłują i mają jakiś (chociażby minimalny) wpływ na to, jak się w danej chwili zachowuję. Czasem po prostu ciężko nie stracić rezonu.

__

A Ty? Masz na swoim koncie jakieś niemiłe wspomnienia z rozmów? Jak wypadasz na rozmowach kwalifikacyjnych? Podziel się w komentarzu!

  • Też czasem chodzę na rozmowy o pracę, jako że i tak mam teraz własną działalność i zlecenia, to zawsze na luzie. Nie mam noża pod gardłem (wręcz przeciwnie), jeśli w ofercie mi się coś nie podoba to sam mogę bez mrugnięcia okiem odmówić. Nie zapomnę jednak nigdy jednej firmy z Krakowa, z którą miałem dwie rozmowy i były to dwa, najbardziej nieprofesjonalne spotkania w moim życiu. Dlaczego? Ponieważ do pierwszego spotkania, właściwie nawet nie doszło. Wykonywałem próbne zlecenie dla tej firmy, okazało się, że tekst się podoba i zapytali się czy mógłbym pracować w biurze w Krakowie. Jako, że tam mieszkam, to czemu nie? Na co w piątek około 16:40 otrzymuje maila, czy moglibyśmy spotkać się w poniedziałek rano. Nie dostałem żadnego telefonu, adresu, danych – nic. Jako, że piątek 16:40 w agencjach to już godzina na aucie, więc nie za bardzo miałem też czas, żeby jakiekolwiek szczegóły uzgodnić. Grzecznie więc odpisałem, że nie możemy się spotkać i proszę do mnie zadzwonić i się normalnie umówić. Niestety – telefon milczał. A milczał tak przez kilka miesięcy. Bardzo zdziwiłem się kiedy po tych kilku miesiącach zadzwonił. Okazało się, że Państwo dalej nie znaleźli sobie porządnego copywritera (naprawdę?!) i czy nie przyszedłbym na spotkanie, bo ostatnio znaleźli moje CV i bym się nadawał. No dobra, każdemu trzeba dać drugą szansę, choć rozmowa znów w piątek (chociaż w godzinach porannych), więc traktuje to spotkanie z dystansem. Podjeżdżam na miejsce, wchodzę do biura… jednak zostaje szybko stamtąd wypchnięty. Nie ma miejsca – porozmawiamy w kawiarni. No, dobra… Kobieta dużo mówiła o sobie, rzucając cały czas agencyjno-korporacyjnym żargonem i pytała od czasu do czasu czy wszystko rozumiem, bo ona to się tak wypowiada, takim językiem. Przytakuje. No, dobra… Przechodzimy w końcu do rzeczy w kawiarni, rozmawiamy o dużym zleceniu, które miałbym robić, że potrzebują kogoś na stałe, do biura etc. Pracę trzeba zacząć w poniedziałek bo im trochę deadline wisi, także mogę od razu przychodzić i brać się do roboty. No to fajnie. Problem jednak zaczyna się, gdy dochodzimy do rozmowy o pieniądzach. Dowiaduje się, że dziwna Pani nie jest upoważniona do rozmowy na ten temat. I będę mógł o tym porozmawiać dopiero w poniedziałek z szefem. W sensie mam przyjść na miejsce w poniedziałek rano, zacząć pracować i zaczekać na szefa – wtedy będę mógł porozmawiać o stawce za moją pracę. Aha… Wyszedłem ze spotkania mocno skołowany. Kilka godzin później dostałem jeszcze sms, że powinienem przynieść swój laptop, ponieważ w firmie nie mają dla mnie sprzętu. Odpisałem, że jednak nie przyjdę i tak się skończyła moja pokręcona przygodą z tą nieprawdopodobną firmą. Chciałem się później obudzić, okazało się, że nie był to jednak sen.

    • No to współczuję tej akcji. Ja właśnie przez takie zachowania potencjalnych pracodawców, w ogóle nie mam ochoty chodzić na rozmowy. Rozumiem cały proces, bo sama rekrutowałam, ale chyba byłam tylko na kilku rozmowach, które przebiegły w sposób zadowalający i bez jakiś udziwnień. Tak to zawsze coś wyskakiwało dziwnego – a to nieinformowanie o odwołaniu rozmowy, a to obietnica, że zadzwonią i brak kontaktu, a to przyjście do biura i czekanie godzinę, bo zapomnieli o rozmowie z Tobą, a to te korpo-standardy, gdzie aby się dowiedzieć, czy w ogóle jest sens przychodzenia na rozmowę, kiedy interesuje Cię wynagrodzenie, musisz dojść przynajmniej do trzeciego etapu.

      Mnie najbardziej denerwuje to, że mam wpisane w Goldenline’ach i innych takich oczekiwane wynagrodzenie, widełki. A mimo to za każdym razem odnotowywałam zaskoczony ruch brwią, jak mówiłam, jakie jest moje oczekiwane wynagrodzenie. Raz wprost usłyszałam, że „nie, to za dużo” i potem doszły mnie słuchy, że zatrudnili jakiegoś świeżaka bez doświadczenia, no, ale brał mniej niż ja. Szkoda tylko, że ja gram w otwarte karty, doświadczenie i niezbędne informacje mam jawne, a mój czas jest i tak marnowany i wplątywana jestem w jakieś proceduralne gierki ze stron nieogarniętych osób 🙂