Urodzinowe knowania

przyjęcie niespodzianka

– Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! – zanuciła barmanka, podnosząc kieliszek do góry.
– A kto ma urodziny? – ktoś zapytał.
– Nikt, tak se śpiewam.

A mnie wmurowało. Od trzech godzin siedzieliśmy w zaprzyjaźnionym pubie, gdzie G. nagrywał materiał próbny nową kamerą. Ja spokojnie sączyłam wodę z cytryną, bo to miała być szybka piłka i o 23 chcieliśmy już być w domu (robota na nas czekała). I tak siedziałam wmurowana, bo nagle do mnie dotarło.

G. miał wczoraj urodziny. Miał urodziny i nie odprawiał. Nawet na piwo z kumplami nie poszedł.

Wmurowało mnie po raz drugi, gdy zdałam sobie sprawę, że nawet nie mam za co wódki postawić, ponieważ z domu wyparowałam szybko, zostawiając telefon i portfel, bo w pubie wodę mam za darmo i wiedziałam, że jakby co, to G. mi forsę pożyczy. Nic innego nie brałam, bo chciałam się wyluzować, stąd nawet standardowo karty bankomatowej do kieszeni spodni nie wsunęłam.

Spojrzałam na G. i zobaczyłam, że zamawia sobie kolejne piwo. „Do dzieła!” – pomyślałam.

– Pożyczysz mi na drinka? Widzę, że zamawiasz piwo i szybko do domu nie wrócimy, więc ja też się napiję.

Nie usłyszał. „Psia mać” – zaklęłam w duchu i zeskoczyłam ze stołka. Podbiłam do Rudej i Oli i zaczęłam w te słowa:

– Jestem tępą cipą.

Wybuchły śmiechem, nic nie rozumiejąc, a ja kontynuowałam:

– Jestem tępą cipą, bo G. miał wczoraj urodziny. I chciałabym postawić z tej okazji każdemu banię… i żebyśmy wszyscy „Sto lat” odśpiewali.

Dziewczyny zaraz zagarnęły się do roboty.

– Mamy nawet świeczkę! – rzuciła Ola i wbiegła na zaplecze (Ola to barmanka).

Wprawdzie nie miałam kasy na to, ale już miałam plan. G. stał i rozmawiał ze znajomym o jakiś parametrach technicznych jego nowego wibratora… to znaczy, zabawki. Tej kamerki. Ale brandzluje się nad nią jak dziewica nad wibratorem. Wróciłam więc spokojnie na swój stołeczek, G. po drodze poklepałam po zadku, na co on w ogóle nie zareagował. Biedaczek nie poczuł, że przy tym poklepywaniu portfel mu wyciągnęłam.

Nagle podbiegła do mnie Ruda i krzyknęła:

– Celinko, chodź na chwilę, musimy porozmawiać o moim byłym.

G. zdziwiony, bo nigdy z Rudą tak się nie przyjaźniłam i tak nie rozmawiałam, ale wzruszył ramionami. Poszłam za Rudą, by szybko ustalić liczbę bań. Wyszło 12 sztuk. „O kurwa” – żem pomyślała, ponieważ już wiedziałam, że w portfelu G. nie ma banknotów i muszę opłacić to kartą. Ola podała mi terminal, ja z krzywym uśmiechem rzekłam:

– Ale to trzeba będzie PIN, bo 60 zł wyszło, a ja nie znam, bo to karta G…
– Nie ma problemu. Rozbijemy na dwie transakcje i zapłacisz zbliżeniowo. G. zatem sam za swoje banie płaci! – pośmiałyśmy się jak dwie Grażynki, knujące atak na promocyjne crocsy w Lidlu.

Ola po tym wróciła na zaplecze, a ja siedziałam dalej, bawiąc się portfelem G. Zauważył go.

– Ej, kiedy go wzięłaś? – spytał zaskoczony, bo przecież niepojęte dla niego było to, że ktoś tak niepostrzeżenie mógł wyciągnąć jego wystający portfel z tyłka.
– Nie poczułeś? Przed chwilą. Już sobie drinka ogórkowego zamówiłam. I czekam.

Uff, to od razu było wyjaśnienie dla niego, dlaczego Ola tak ciągle do mnie podbijała („bo się wiśniówka skończyła, to naleję figówki”, „figówka też, to dam też bizona”).

Ola w końcu dała znak, że „tort” gotowy. Zaraz ktoś poleciał po G., bo ten już zdążył zniknąć w drugiej sali, zaraz ludzie ustawili się do mikrofonu (trwało tam karaoke, więc nagłośnienie mieliśmy solidne), zaraz ktoś kazał G. usiąść na scenie na krześle. Wkroczyła Ola, trzymając tacę – pośrodku tacy świeczka, a naokoło ustawione kieliszki.

Odśpiewaliśmy „Sto lat”. Nawet G. coś poskakał do tego, poskakali też inni. Zaczęły się życzenia, dzielenie „tortem” i ogólnie… Zamiast o 23, w domu byliśmy o 2, a wychodziliśmy stamtąd resztką siły woli, bo zaraz ktoś inny też „torta” postawił i impreza dopiero się zaczęła.

W tym wszystkim najśmieszniejsze jest to, że G. właściwie sam zapłacił za tę akcję. Śmiał się z tego, że nieźle to wszystko było rozegrane, bo za cholerę się nie zorientował, co jest knute, nawet ubytku portfela nie odnotował. Cieszył się jak dziecko, a ja po jego oczach widziałam, że naprawdę było to dla niego zaskoczenie i szalenie miłe, że ludzie się do życzeń dołączyli (w wyrazie sympatii, a nie że bania za darmo). Gęba mu się cieszyła, odmłodniał i wydawał się przy tym nawet odrobinę przystojniejszy…

Dziewczyny, taka puenta: Starajcie się zaskakiwać swoich mężczyzn. Nawet, jeśli jest to związane z wydawaniem ich pieniędzy… Im dobrze można zrobić nie tylko ustami.

PS Pieniądze mu zwróciłam, żeby nie być aż taką chytrą i bezczelną babą.