To mną wstrząsnęło. Wizyta w zakładzie opieki nad niepełnosprawnymi dziećmi

to mna wstrzasnelo

Tekst napisany w 2003 roku po szkolnej wycieczce do zamkniętego zakładu opieki nad chorymi dziećmi. Zabrała nas pani od historii, która była tam wolontariuszem. Wizyta wywarła na mnie ogromne wrażenie. Tak ogromne, że teraz, po 13 latach, wciąż pamiętam tamte dzieci, pamiętam atmosferę w zakładzie, pamiętam, że wiele z tych dzieci było pozostawionych w zakładzie, porzuconych. Pamiętam na tyle, że teraz, zamieszczając ten tekst, nie mogę opanować emocji.

W pierwszej części tego artykułu opisuję swoje wrażenia po wizycie w zakładzie oraz przybliżam sylwetki niektórych dzieci. Jest dość lakonicznie, ale można sobie tylko wyobrażać, w jakim stanie emocjonalnym byłam, ja, osiemnastolatka, która zawsze w sobie miała ogrom empatii. Na końcu artykułu zamieściłam refleksje nauczycielki, pani Ewy Bralczyk, która nas do zakładu zabrała. Całość została opublikowana w gazetce szkolnej „Między nami”.

Jastrzębie-Zdrój

W siwym, starym budynku przy ul. Pszczyńskiej w Jastrzębiu-Zdroju znajduje się zamknięty Zakład Leczniczo-Opiekuńczy Małych Dzieci, który prowadzi Zgromadzenie Córek Bożej Miłości. Znajdują się w nim cztery oddziały:

  1. odział dla maluchów (bardzo trudne przypadki)
    2. oddział dla dzieci pełzających poddawanych rehabilitacji
    3. oddział dla dzieci leżących
    4. oddział przedszkolny

Zakład istnieje od 51 lat, w zeszłym roku obchodził pięćdziesięciolecie. Dawniej był to ośrodek szpitalny, dopiero w 2000 roku przejęły go siostry zakonne. Wszystkie 53 miejsca są zapełnione – gdy chociaż jedno się zwolni, od razu znajduje się osoba na to miejsce.

Od czterech tygodni patronat nad zakładem objęła nowa dyrektorka, która wcześniej zajmowała się osobami starszymi. Jak sama mówi, mimo ogromnego doświadczenia, i tak wstrząsnęło nią to, co zobaczyła: „Bardzo trudno zajmować się dziećmi. Potrzeba wiele cierpliwości, zahartowania, wrażliwości, poświęcenia i doświadczenia. I przede wszystkim – trzeba kochać dzieci”.

Do pracy w zakładzie zgłasza się wiele wolontariuszy, niestety przyjmowanie ich zostało wstrzymane. Zbyt dużo chętnych, a przy tym bardzo niedoświadczonych. Dzieci wymagają specjalnej opieki, niestety sama chęć pomagania tutaj nie wystarcza.

Gdy wchodzi się do budynku, ma się wrażenie, że wchodzi się do najzwyklejszego szpitala. Dopiero później wyczuwa się rzeczy niepasujące do szpitalnego schematu – pokój pełen zabawek, wózków, klocków… Po wejściu sióstr zakonnych wszystko nabiera barw. Panuje tam niezwykła atmosfera serdeczności i miłości. Siostry witają z szerokim uśmiechem na twarzy, chętnie opowiadając o swych podopiecznych i ich szczególnych przypadkach.

Poznaj historię dzieci

Dzieci, obecne w zakładzie, to dzieci niepełnosprawne leżące ze schorzeniami i chorobami, które wymagają całodniowej opieki. W sali rozlokowane są łóżka. Wraz z wycieczką chodziliśmy od jednego dziecka do drugiego, a siostry opowiadały historię danego dziecka. Wrażenia? Wstrząsające, na tyle, że nawet teraz, gdy piszę te słowa, mam łzy w oczach.

Dzieci są rehabilitowane, to jest wyciągane z łóżek na czas ćwiczeń. Ja pamiętam głównie ich oczy – to, że leżą często nieruchomo, bo są niepełnosprawne, i tylko wodzą za Tobą wzrokiem. W jednych widzisz radość, chęć nawiązania kontaktu, inne są puste i nieobecne.

Wojtuś (2,5 latka) – wcześniak, gdy się urodził miał zaledwie 30 cm i ważył 60 dag
Tomuś (4 latka) – zespół upośledzeń wrodzonych, słabo widzi
Bartuś (niemowlę) – urodził się w ciężkim stanie, lekarze nie zastosowali cesarki, matka zmarła przy porodzie
Kasia (10 miesięcy) – kazirodztwo
Mikołajek (13/14 miesięcy) – miał przeprowadzoną operacje na otwartym sercu i korekcję mostka
Paulinka – dziecko leżące, miała 8-centymetrowy guz w głowie, który powstał w wyniku pobicia
Mateusz – wodogłowie, przepuchlina, przeszedł operację mózgowo-rdzeniową
Kamil – widzi tylko kontury
Monika (6 lat) i Pawełek – porażenie mózgowe, nie widzą
Magda (10 lat) – padaczka i porażenie mózgowe, nie rusza się
Izunia (3 latka) – zaburzenia genowe, przewiduje się, że przeżyje jeszcze 5 lat
Raduś – udar słoneczny, matka za długo trzymała niemowlę na słońcu
Gabrysia (24 lata) – niewidoma

To są tylko niektóre przypadki. Czytając o nich, można mieć nieodparte wrażenie, że czyta się o wyroku, na jaki zostały skazane te dzieci. Ich wyrokiem jest wegetacja w zamkniętym zakładzie. Tragiczne, ale prawdziwe.

Jedno jest wiadome – wizyta w zakładzie i zobaczenie dzieci (tylko leżących, wpatrujących się w dal, w których oczach ciężko czasem dopatrzeć się iskierki życia) nie jest dla ludzi o słabych nerwach i miękkim sercu.

Zakład nie posiada zbyt wiele funduszy. Dzieci ubierane są w rzeczy przywożone przez ludzi. Jedynie buciki są zakupywane, ze względu na to, że muszą być specjalne, ortopedyczne. Nikt nie łoży na ich utrzymanie, jedzenie. Tylko rodzice i tylko ci, którzy chcą płacić, bo zdarzają się przypadki, gdy dziecko jest oddawane do zakładu i jego losem później nikt kompletnie się nie interesuje. Nikt nie płaci. Nic, ani złotówki. Narodowy Fundusz Zdrowia pokrywa tylko niezbędne wydatki – rehabilitację, leki, a i tak są to marne grosze.

Dobrze, że na świecie są ludzie, którzy poświęcają się bezgranicznie dla dobra innych, dobra dzieci.

Żory

W Żorach powstaje hospicjum dla osób chorych na raka. Dość niedawno – 3 października – miało miejsce szczególne wydarzenie, a mianowicie sadzenie 2000 sztuk cebulek żonkili. Przedsięwzięcie nazwano „Polem Nadziei”, a cały dochód ze sprzedaży owych żonkili na wiosnę zasili konto hospicjum.

W Żorach również rozwija się wolontariat, który zajmuje się osobami starszymi i dziećmi. Chętnych na wolontariuszy jest bardzo dużo. Bardzo cieszy fakt, że jest tak dużo osób ambitnych i o złotych sercach. Jednym słowem – nie trzeba szukać daleko. W naszym mieście też jest potrzebna pomoc, nie tyle co finansowa, ale także bezinteresowna płynąca prosto z serca.

Działalność charytatywna sposobem na powszechny dekadentyzm młodych?

(refleksje mgr Ewy Barczyk, nauczycielki historii w Zespole Szkół Nr2 w Żorach)

Któregoś dnia, podczas zajęć jedna z uczennic zapytała mnie o motywy podejmowanej przeze mnie w ostatnim czasie działalności charytatywnej. Zastanawiając się nad odpowiedzią, przeżywałam wewnętrzne wątpliwości – czy dociekliwa ta bez wątpienia młoda osoba zadowoli się tłumaczeniem, że realia współczesnej polskiej szkoły dyktują nauczycielom pewne ambitne role społeczne, wg których nauczyciel to nie tylko wykształcony specjalista w określonej dziedzinie, ale również (a może przede wszystkim?) wychowawca, działacz społeczny i wzór do naśladowania.

Postanowiłam więc sięgnąć do głębszych motywów mych działań i wyjaśnić, co następuje.

Otóż bulwersuje mnie – z czym z resztą wcale się nie kryję- postawa większości młodych ludzi, nacechowana całkowitą niemal ignorancją wobec podstawowego obowiązku każdego młodego człowieka, jakim jest jego własna edukacja. Nie chcę się jednak w tym miejscu nad tym problemem rozwodzić, bo nie o to przecież chodzi. Pragnę jedynie podkreślić, że postawa ta zdaje się mieć bardzo zgubny wpływ na własną samoocenę młodzieży. Ponieważ, jeśli w szkole młodzieniec czy dziewczyna otrzymuje prawie wyłącznie oceny dopuszczające, wytwarza się w nim niejako automatycznie poczucie własnej „mierności”, niedoskonałości, jednym słowem – niskie poczucie własnej wartości. A jaki to ma wpływ na jego dalsze losy? Szkoda nawet mówić.

Dlatego spróbowałam w mniejszym stopniu koncentrować się na wykazywaniu niewiedzy i luk w edukacji pracującej ze mną młodzieży, a postawy przejawiające się manifestowaniem niskiej samooceny w rodzaju: „Jaka ja jestem nieszczęśliwa/nieszczęśliwy z powodu kilku piegów na nosie albo wzrostu 1,35 m (lub przeciwnie 2,03 m), zwróciłam uwagę pewnej grupie młodych, wrażliwych ludzi na inne aspekty otaczającej ich rzeczywistości.

Mianowicie w pewien wrześniowy dzień wybraliśmy się do Zakładu Leczniczo-Opiekuńczego Małego Dziecka w Jastrzębiu-Zdroju, gdzie przebywają dzieci z poważnymi upośledzeniami fizycznymi i psychicznymi. Dzieci, o których wiadomo, że pożyją najwyżej kilka lat i których nikt ( tzn. głównie rodzice) nie chce, do tego stopnia, że kalectwo, które ich dotknęło zawdzięczają właśnie rodzicom.

Chciałam, by swe frustracje i absurdalne często powody do narzekań skonfrontowali z problemami przebywających w tym właśnie Zakładzie ich rówieśników. Dodatkowo młodzież dowiedziała się o trudnej sytuacji materialnej, w jakiej znalazła się placówka i natychmiast ruszyła cała machina pomocy dla wspomnianego Domu Małego Dziecka. Tak więc zbiórka odzieży i zabawek, kolportaż listów intencyjnych do największych supermarketów na terenie Żor, artykuł zakończony prośbą o pomoc i podaniem numeru konta Zakładu, zamieszczony na stronach serwisu Wirtualne Żory.

Z czasem pojawiły się głosy, że przecież jesteśmy mieszkańcami Żor, więc powinniśmy zrobić coś również dla potrzebujących na terenie naszego miasta. I tak „łupem” troski i zainteresowania młodzieży stał się Ośrodek Interwencji Kryzysowej w Żorach, gdzie również dostarczyliśmy zebraną odzież i zabawki oraz zorganizowaliśmy Dzień św. Mikołaja.

Z wizytą udaliśmy się nawet do Klubu Abstynenta „Star”, gdzie zaprezentowany został przez nas montaż słowno-muzyczny „Ślązoki nie gęsi”, przygotowany na podstawie książki Pana M. Szołtyska pod tym samym tytułem. Przy okazji dodam tylko, że przygotowując wspomniany wyżej program, świetnie się bawiliśmy na kolejnych próbach, przede wszystkim dlatego, że teksty z których korzystaliśmy są świetne, a także z powodu nikłej jak dotąd znajomości gwary.

Z podobnym programem zawitaliśmy również któregoś dnia do Domu Pomocy Społecznej, gdzie zorganizowaliśmy „Biesiadę przy ciastku” (mam nadzieję smacznym, bo sami piekliśmy). Jakby tego było mało, powołaliśmy również do życia własną komórkę wolontariatu, która nawiązała współpracę z Warsztatami Terapii Zajęciowej. Z wizyty wynieśliśmy bardzo wiele miłych wrażeń.

Zaś obecnie przygotowaliśmy bożonarodzeniowe jasełka, z którymi chcemy wkrótce ruszyć w turne i zastanawiamy się komu je „sprzedać”.

Kończąc te refleksje i dziennikarskie zapiski, stwierdzam wprawdzie z ubolewaniem, że prawdopodobnie nie odniosłam ze wspomnianą grupą młodzieży większych sukcesów w dziedzinie edukacji, ale z pewnością udało mi się rozbudzić ich wewnętrzną wrażliwość i zrozumienie oraz otwartość na potrzeby innych.