Supersprzęt do kuchni

Mam w kuchni taki jeden supersprzęt. No i odkąd ten supersprzęt się pojawił, mój niejadek owocowy sam sobie przygotowuje przekąskę. Nie wiecie, jaka to jest radość, jak widzę, że sam w kuchni sobie radzi, sam sięga po owoce i zjada je ze smakiem. Ba! Nawet sam owoce kupuje!

O co chodzi? O najprostszy krajacz do jabłek, z dwoma uchwytami i siatką pośrodku.

Kurna, tylko kupiliśmy i od razu chłop zeżarł z pięć jabłek! Tajemnicą jest to, że krajacz robi ładne równe kawałki, które lepiej się po prostu je, bo przecież cały owoc jest problematyczny (a to nie wiadomo, jak ugryźć; a to skórka za gruba, a tu się trafi na ogryzek, a fe! ogryzek!). Krajacz jest ostry, wchodzi w jabłko jak w masło i szatkuje je raz, dwa… i jest to najbardziej satysfakcjonująca rzecz, jaką możecie zrobić w ciągu dnia (oprócz seksu, chociaż i tutaj różnie bywa).

14 zeta i tyle radości!

Drżę z podniecenia na samą myśl, że odkryłam ostatnio rozbijacz do jajek. Taki wiecie, wkładasz jajo i ściskasz i ono ładnie wyskakuje ze skorupki – bez męczenia się z rozbijaniem, chlapaniem czy bez morderczych kawałków skorupki. Już widzę te piętrzące się jajecznice! Już widzę, jak mój chłop z radością bierze jedno jajko po drugim i z entuzjazmem rozbija nad patelnią! Bez kurw, bez „ała!”, po prostu czysta radość.

Jak się cieszę, że są takie wynalazki! W końcu i chłop znajdzie swoje miejsce w kuchni.