Laserowa korekcja wady wzroku – jestem po. I co?

laserowa korekcja wzroku

Aż chciałoby się napisać „i pstro” w kontekście tytułu artykułu. Ale nie uprzedzajmy. Tak, poddałam się zabiegowi laserowej korekcji wad wzroku. Poddałam się jej w jednej z krakowskich klinik okulistycznych, która z powodzeniem przeprowadziła taki zabieg u znajomego, który zaledwie po kilku dniach widział świat z wielkim „wow!”. Ta klinika jako jedyna zakwalifikowała mnie do zabiegu – wcześniej próbowałam się dostać do katowickiej, ale i technologia jeszcze do mnie nie dorosła, i mój rozstaw źrenic i inne parametry nie były zgodne. Skoro mogłam sobie teraz pozwolić na taki zabieg, a w sumie już wcześniej o nim myślałam, no to show must go on!

UWAGA! Jest świeższy wpis, w którym możesz posłuchać moich wrażeń na gorąco po zabiegu rekorekcji, który przeszłam 10 stycznia 2017. Posłuchaj teraz!

Zanim zacznę moje rozległe wypracowanie, informacja na temat zabiegu: jestem 6 miesięcy po korekcji oka i artykuł jest pisany z perspektywy efektów po tym czasie oraz zawiera kwestie naprawdę przeze mnie przemyślane.

Rozpoznania: krótkowzroczność i astygmatyzm małego stopnia oka prawego; nadwzroczność i niedowidzenie oka lewego. Diagnostyka: Vis -1,0 oko prawe; +3,00 oko lewe.

Nie chce Ci się czytać całego wstępu? Przejdź od razu do 22 rzeczy, o których nikt ci nie powie przed zabiegiem.

Dzieciństwo, zez i wredna siostra

Od małego noszę okulary – stwierdzona nadwzroczność i inne takie. W wieku 4 lat miałam zabieg na oczy redukujący zeza rozbieżnego – lewe oko miałam prawie z tyłu głowy. Jedyne, co po zezie pozostało, to lekko uciekające oko, które było moim niemałym kompleksem, intensyfikowanym przez złośliwą siorę, która ciągle mi to wypominała. Skutkiem tego było, że nie patrzyłam innym w oczy, a jak już się odważyłam, to lewe oko zawsze przymrużałam, żeby a nuż nikt nie zobaczył mojego zezola. Po latach wiem, że to nawet nie było widoczne dla innych – ja tam widziałam lekkie odchylenie, ale inni, głęboko patrzący mi w oczy, nie byli w stanie tego zauważyć. I tak pielęgnowałam w sobie jakiś głupi kompleks z powodu wrednej siory, która nie tylko ten kompleks we mnie skutecznie zaszczepiła.

W okresie późnej podstawówki i liceum przechodziłam bunt i nie chciałam nosić tych brzydkich druciaków na nosie, zatem okulary często lądowały gdzieś na boku, a ja cieszyłam się, że moja twarz jest opalona jednolicie, a nie na jakieś paski i kółka w okolicach oczu. Rodzice też nie chcieli mi kupić modnych wówczas okularów bezoprawkowych, twierdząc, że je chce, bo ma je Magda i jej zazdroszczę. A ja po prostu nienawidziłam tych drutów na ryju!

Potem przyszedł pomysł na soczewki, ale ze względu na rozbieżności w wadzie, nawet pani optyk stwierdziła, że dobrać będzie ciężko, oko też młode, no i mam pamiętać, że oczy będą nienaturalnie błyszczeć. Ja błyszczeć nie chciałam. Do tego cena za soczewki była hiperwysoka, a ja nie chciałam też rodzicom nadwyrężać domowego budżetu przez jakieś fanaberie i obiecałam sobie, że na soczewki sama sobie uzbieram. Nie uzbierałam.

Dążę do tego, że zawsze przez te okulary czułam się niespecjalnie atrakcyjna. Bardziej mnie wkurzały niż dodawały wyglądu seksownej sekretarki z filmów dla dorosłych. I mimo że zdarzało mi się zbierać komplementy, że mam ładne oprawki czy ładnie mi w okularach, ja zawsze ich nienawidziłam.

Teraz wiem, że byłam popierdolona. Teraz bardziej zależy mi na wzroku niż na wyglądzie.

Dlaczego zdecydowałam się na zabieg?

Żeby widzieć. Naprawdę. Wiedziałam, że nawet, jak się mu poddam, to nie będę widzieć w 100% (lekarze mówili, że widoczność osiągnie jakieś 80%). Wiedziałam, że będę musiała i tak nosić okulary. Ja chciałam i chcę po prostu widzieć. Nie wdając się w większe szczegóły, dodam, że po ostatniej wizycie u okulisty usłyszałam, że za jakieś 10 lat mogę w ogóle na lewe oko nie widzieć (uwarunkowania genetyczne i inne medyczne bzdety). Wolałam więc wyłożyć kasę i nacieszyć się światem, zanim całkowicie oślepnę.

Pod laser poszło lewe oko. To ono zawsze było dla mnie tym najgorszym. O prawym nawet nie myślałam – na nim coś tam widzę, wprawdzie jak za mgłą, ale ogarniam ogólnie świat, twarzy jednak nie rozpoznam, są dla mnie jedną nieostrą plamą (już wiecie, czemu niektórych na ulicy nie poznaję). Z okularami już lepiej i nawet odczytam numer nadjeżdżającego autobusu. Tylko to lewe oko było moją zakałą, której nawet mocne szkła nie pomagały.

Nie dość, że prawie nic na nie nie widziałam, to oczywiście obrazy odbierałam pod innym kątem i w odchyleniu. Można określić, że widziałam jednowymiarowo – nawet filmy 3D mnie nie ruszały. Dopiero w IMAX na takim naładowanym efektami filmie o podwodnym świecie na jednej, dosłownie jednej, scenie zauważyłam, na czym ten efekt polega i prawie się popłakałam – chciałam tak „dwójocznie” widzieć cały czas.

Nauczyłam się jednak z tym żyć. Na świat patrzyłam właściwie jednym okiem – prawym, lewe było tylko wspomagającym. Zobrazuję, że jak zasłoniłam sobie prawe oko, to lewym nie byłam w stanie wykonać żadnej czynności czy patrzeć dłużej na przedmioty – zaraz traciła mi się ostrość i ostatecznie cały obraz się rozmazywał i ciemniał; stawał się taki brudny i nieostry. Nawet przy badaniu kwalifikującym do zabiegu na pomiarach ciągle wychodziło, że patrzę prawym okiem (obrazów dla lewego w ogóle nie widziałam), co też niezbyt mile skomentowała pielęgniarka, posapując z irytacji, bo dla niej coś ściemniałam (no nie, to przed oczami mi ciemniało, ja tam nie ściemniałam!). Dopiero, jak zawołała koleżankę, to ta potwierdziła, że przy mojej wadzie i niedowidzącym oku to możliwe.

Na lewe oko widziałam od 20 do 40 procent (mierzone w różnych odstępach czasowych). Do tego mam różnowzroczność, czyli na lewym plus, na prawym minus. A ja tak bardzo chciałabym zobaczyć „równo” – obojgiem oczu, żeby mieć cały obraz, żeby nie nadwyrężać prawego oka, który cały czas pracuje na to lewe i przez to jego wada się pogłębia.

Reasumując: poddałam korekcji lewe oko, które było niedowidzące, zgodnie z tym, że jak uda się zredukować wadę, to mój mózg zajarzy, że coś się zmieniło i będzie „heeej, ona widzi; to jak widzi, to niech w końcu naprawdę zobaczy!”, czyli popcha to oko i mózg do wzajemnej współpracy, a ja będę mogła się cieszyć obrazami i życiem w trójwymiarze.

Trafiłam na Groupon

W ten sam dzień, co kolega zarekomendował mi zabieg korekcji wzroku, dostałam na maila Groupona dokładnie z tej kliniki. Dodam, że kolega miał też gdzieś skitrany kupon na darmowe badanie kwalifikacyjne, ale skoro w Grouponie już to miałam zapewnione, z kuponu zrezygnowałam. Dla mnie sama ta zniżka nie była powodem do podjęcia decyzji o zabiegu – i tak bym się na to zdecydowała, ale skoro można było zaoszczędzić kilka setek, to czemu nie?

Kupiłam Groupon za 2798 zł (nazwa: „Zabieg laserowej korekcji wzroku metodą Lasek dla pary oczu”). Na stronie było napisane, że w przypadku braku kwalifikacji do zabiegu, pieniądze są zwracane. Dodatkowo można było wybrać inną metodę – droższą, ale to już po przeprowadzeniu badania.

Wyszło na to, że Groupon zwracałam, co nie zajęło więcej niż 5 dni od momentu wysłania specjalnego oświadczenia do wpływu gotówki na konto. Dlaczego zwracałam? Ano dlatego, że zdecydowałam się na droższy zabieg na jedno oko, a on nie był w ofercie Grouponu, zatem dopłata nie była możliwa.

Aha, a wspominałam o tym, że zaledwie kilka dni przed spotkaniem z kolegą, rozwaliły mi się okulary, których się naprawić już nie dało i rozglądałam się za nowymi? Normalnie zrządzenie losu.

Laserowa korekcja wzroku FemtoLASIK Wavefront

Wybrałam najdroższą opcję co do metody zabiegu. Nie chodziło wcale o to, że miałam za dużo pieniędzy, ale o to, że metoda ta została mi przedstawiona jako mniej inwazyjna, bezpieczniejsza i bardziej komfortowa. Po niej czas rekonwalescencji miał być krótszy, a mi zależało, żeby jednak do komputera i pracy wrócić trochę szybciej. Podano mi, że przy FemtoLASIK można już tak po 3 dniach wrócić do normalnego trybu, pamiętając jedynie o przerwach, a przy LASIK to minimum tydzień.

Prawdą jednak jest, że ja ten czas chciałam przede wszystkim wykorzystać na odpoczynek, zatem i tak przez tydzień stroniłam od komputera i książek, dużo spałam i odpoczywałam i cieszyłam się, że nic mnie nie pobolewa. Poświęcałam na komputer maksymalnie dwie godziny dziennie i to jeszcze podzielone na sesje – 20 minut przed komputerem, a potem minimum godzina przerwy. W sumie przez dwa tygodnie miałam bardzo oszczędny tryb, co na pewno wyszło mi tylko na zdrowie (to psychiczne też).

Jak wygląda przygotowanie do zabiegu

To już znajdziesz w każdej broszurze informacyjnej, ale napiszę, żebyś nie musiał się przeklikiwać.

Chwilę przed zabiegiem dostajesz dwie tabletki: jedna czerwona, druga niebieska… he, he, żartuję – dostaje się Ketonal i jakiś uspokajacz. Twoim zadaniem jest wypicie co najmniej 2 litrów wody (usiądź gdzieś blisko kibelka). Podpisujesz również oświadczenia, że zapoznałeś się z warunkami zabiegu i tam dalsze postępowanie jest ci jasne. Podpisywałam jeszcze coś dodatkowo, kopii niestety nie dostałam. Pamiętam, że lekarz mówiła, że to ze względu na to niedowidzące oko. Prawdopodobnie było to oświadczenie, że jestem świadoma tego, że mam niedowidzenie (świadoma jestem jak chuj!) i tego, że wzrok może mi się nie poprawić i nie będę w przyszłości wnosić z tego tytułu żadnych roszczeń.

Jak już będziesz na sali, to kładą cię na stole i ustawiają całą aparaturę. Do oczu wkraplają krople znieczulające (znieczulenie miejscowe), a żeby oko było rozwarte, nakładane jest to, no, co trzyma oko ciągle otwarte. Było to dla mnie najgorsze, bo czuć ten wytrzeszcz, ale szybko się przyzwyczaiłam. Następnie na twarz nakładana jest coś jak papierowa folia, gdzie tylko robi się wycięcie na oko i pilnuje, żeby ci nie zasłoniła nosa. Podłączają cię do aparatury monitorującej twoje funkcje życiowe (he, he; fajnie pipało), a potem ustawiają aparat do zabiegu laserowej korekcji wzroku nad twoją twarzą.

Co dla mnie było ważne, to fakt, że byłam tam dobrze traktowana. Naprawdę. Każdy krok był przedstawiany mi spokojnym głosem oraz w sposób rzeczowy. Byłam informowana, co będzie ze mną robione. Nawet, jak trzeba było dotknąć mojej piersi, to byłam zapytana, czy nie mam nic przeciwko (spokojnie, każdy chłop w barze mnie o to pyta!). Działało to na mnie bardzo kojąco.

Kilka słów o samym zabiegu

Sam zabieg to kilkanaście minut. Ja miałam puszczone dwie wiązki lasera (po kolei – najpierw jedna, przerwa, potem druga). Ciekawym odczuciem było to, jak chirurg sprawdzał, czy już krople znieczulające działają i dotykał oka taką pipetką – miałam wrażenie, jakby moje oko było takie żelatynowate i widziałam drgania; czułam się po prostu tak, jakbym patrzyła na to ze środka galarety.

W momencie wykonywania nacięcia laserem (bo to robią ci nacięcie, wycinają rogówkę i wkładają w nacięcie – tak to zrozumiałam) widzisz jakby gwieździste niebo, tylko nie ma gwiazd, a małe punkciki, kojarzy mi się, że były zielone. W momencie uruchomienia lasera doszła oczywiście czerwona kropka.

22 rzeczy, o których nikt ci nie powie o laserowej korekcji wzroku

Wiele rzeczy dowiedziałam się z internetu. Nie siedziałam na forach, gdzie to jedni pisaliby, jak to im się zajebiście życie zmieniło po zabiegu, że znaleźli dobrze płatną pracę, eks do nich wróciła i postawili willę z basenem, a inni by płakali, że zabieg się nie udał, dlatego popadli w alkoholizm. Odpuściłam całkowicie opinie mędrców internetu. Przeczytałam właściwie kilka artykułów na branżowych serwisach właśnie o optyce i każdy właściwie mówił dokładnie to samo, co już dało mi do myślenia, że jedna prasówka została wysłana do tych największych serwisów. Nie wspominając, że opinie dla kliniki też sprawdziłam, ale bardziej chciałam się przekonać, czy rzeczywiście są jako tako skuteczni. Dla mnie rekomendacją było przede wszystkim to, że kolega chodzący cały czas w okularach i bez nich zaliczający każdy słup na drodze, w końcu zaczął widzieć i sobie chwalił efekt zabiegu.

Poniżej daję listę spraw, o których nikt mi nie powiedział, a które miały dla mnie potem jakieś znaczenie. Oczywiście, nie zaważyłyby o tym, że nagle zrezygnowałabym z zabiegu, ale miło byłoby wiedzieć wcześniej, żeby człowiek był na wszystko przygotowany.

1. Nie podadzą ci całościowego kosztu zabiegu

Bo sam zabieg to nie wszystko. Musisz płacić za badania kontrolne, do tego zaraz po zabiegu musisz stosować trzy rodzaje kropli, które kosztują 170 zł razem, a starczają na dwa tygodnie. Potem, wiadomo, dawka jest zmniejszana i zostajesz przy kroplach za 60 zł, ale i tak – nikt ci wcześniej nie powie, że takie krople tyle kosztują i jednak te dodatkowe kilka setek w zanadrzu musisz mieć.

Dbając o swoje oczy, i tak musisz stosować krople. Gdy już odejdą te pozabiegowe, zostają ci nawilżacze oczu, najlepiej bez konserwantów. Ja stosuję trzy razy dziennie lub doraźnie (jak oko boli) Hyal-Drop Multi w cenie 30 zł, co starcza mi na ponad miesiąc.

Co do samych badań kontrolnych, to następnego dnia masz bezpłatne, po tygodniu następne za 50 zł, za 2 miesiące kolejne 200 zł i jeszcze za 8 i 12 miesięcy to samo. Za badanie z dopasowywaniem okularów płacisz 200 zł, jeśli więc na pierwszej kontrolnej za pięćdziesiątkę chcesz dopasować okulary, to już płacisz „dwieścia”.

Podliczmy więc:
3700 zł zabieg
170 zł krople pozabiegowe
100 zł krople nawilżające
50 zł badanie po tygodniu
200 zł badanie po 2 miesiącach
200 zł badanie po 8 miesiącach
200 zł badanie po 12 miesiącach
__
4620 zł

Wizyta kwalifikacyjna kosztuje 250 zł (ja miałam za darmo w ramach Groupona), więc jakbyśmy podliczyli tylko: kwalifikację, koszt zabiegu, krople i badania, to zabieg laserowej korekcji wady wzroku metodą FemtoLasik kosztuje 4 870 zł. Na jedno oko. Bez zakupu okularów.

Doliczmy do tego okulary, które kupiłam w internecie za 150 zł (serio, nachodziłam się po Visionach i lokalnych optykach, ale odrzucała mnie i stylistyka okularów – wielkie bryle na szczurze ryje – do tego ceny były nieadekwatne za te szkaradziejstwa), co daje 5 020 zł.

Dodam jeszcze, że w niektórych przypadkach wizyta może mieć miejsce jeszcze dwa tygodnie po zabiegu, za którą się płaci 100 zł. Nie wiem, od czego ta wizyta zależy, może przy złym gojeniu etc., mi to zostało oszczędzone. A wydałabym wtedy 5 120 zł łącznie.

2. Potraktują cię tak, jakbyś już wszystko wiedział

To mnie uderzyło. Jestem osobą, która nie boi się zadawać pytań, a miałam ich wiele, bo – jak pisałam wyżej – czasu w internetach to ja nie marnowałam. Zwróciło moją uwagę to, że traktują mnie tak, jakbym dokładnie wiedziała, po co tam przyszłam. Tak, jakbym o laserowej korekcji wiedziała już wszystko. Dotyczy to zarówno samych różnic między zabiegami, jak i konsekwencjami. Nawet kwestie dotyczące przygotowania do zabiegu były rzucone mimochodem właściwie. Samą kartę informacyjną, jak mam się zachowywać po zabiegu, dostałam przed samym zabiegiem, czyli w momencie, jak już się na niego zdecydowałam.

Nie mogę nic zarzucić pani doktor, która mnie tam obsługiwała, bo ona nawet rozrysowała mi, co z moim okiem będzie robione, ale i tak przekazywane informacje były dla mnie szczątkowe. To ja się dopytywałam, którą metodę mi rekomendują (nawet odniosłam przez chwilę wrażenie, że jeśli chodzi o skuteczność, to pomiędzy Femto a Lasikiem nie ma za wielkiej różnicy, oprócz ceny). Ogólnie było mi trochę dziwnie. Ja wiem, że mają tysiące pacjentów i nie mają czasu i chęci informować każdego z osobna, ale w momencie, kiedy ja się zastanawiam, czy wydać 2 400 zł czy 3 700 zł na zabieg, to chciałabym jednak wiedzieć, za co dopłacam. Dowiedziałam się z internetu, a i w nim za wiele informacji nie znalazłam (ciągle te same pytania i odpowiedzi; informacje podstawowe, mało konkretów), więc można nawet powiedzieć, że więcej hajsu wyłożyłam w dobrej wierze, że jak coś jest droższe, to i skuteczniejsze i bezpieczniejsze.

Uderza mnie to, że kliniki na swoich stronach ciągle zamieszczają informacje o swoim sprzęcie, o doskonałym wyposażeniu pracowni, zapominając przy tym wszystkim, że to pacjent jest ważny. Efekty również. Nie interesują mnie zdjęcia najnowocześniejszego sprzętu i podkreślanie, jaką to superaparaturę mają. Nie, mnie interesuje dokładnie to, co za co płacę. Jak zostanę potraktowana, kto się będzie mną opiekował w trakcie i po zabiegu, jak to wszystko wygląda krok po kroku, włącznie z tym, na czym sam zabieg polega (technicznie, czyli wycinanie rogówki etc.), jakich mogę spodziewać się efektów, jakie jest ryzyko powikłań, jakie są szanse, że będę w ogóle widziała. Chodzi o ukojenie moich nerwów i nerwów mojego portfela. Nie chcę mieć odczucia, że dokładam się do tego wypaśnego sprzętu, tylko chcę czuć, że płacę za obietnicę efektów i przede wszystkim ludzkie traktowanie. Chcę wiedzieć dokładnie, na co idą moje pieniądze!

3. Zapomnij o piciu alkoholu i soczewkach

Przed samym badaniem kwalifikującym należy zaprzestać noszenia soczewek na 2 tygodnie przed. Jeden dzień przed samym badaniem oraz przed zabiegiem i po, należy zrezygnować z alkoholu. Mi dobitnie zostało powiedziane, że mam „ograniczyć alkohol” (czyżbym miała logo Alkowiki wytatuowane na czole?). Podeszłam do tematu bardzo poważnie, bo nawet piwa się nie napiłam tydzień przed i tydzień po zabiegu. Miałam więc również dwa tygodnie detoksu.

4. Na zabieg możesz przyjść z osobą towarzyszącą

Wprawdzie będzie ona z przesiadywała z tobą na korytarzu, a na samą salę operacyjną nie wejdzie, ale spoko – targaj ze sobą kogoś, niech siedzi z tobą te trzy godziny w poczekalni, niech się gorączkuje i właściwie marnuje ten czas na ciągłe dreptanie po korytarzu z nerwów.

Piszę tak, bo ja na zabieg poszłam sama. I to nie dlatego, że nie miałam z kim iść, ale dlatego że stwierdziłam, że zabieranie kogokolwiek jest totalnie bez sensu. Siedzenie u lekarza przecież nie należy do najprzyjemniejszych czynności, właściwie każdy wtedy zdaje sobie sprawę z upływającego czasu, życia i młodości…

Ja do swojej kliniki miałam bardzo blisko – zaledwie 25 minut spacerkiem. Jeśli więc oczywiście jesteś z daleka, to nieuniknione, że musisz z kimś przyjechać, kto potem cię odwiezie, bo po zabiegu nie można prowadzić samochodu. Tylko postaraj się, aby osoba towarzysząca nie wkurwiała innych!

Ze mną siedziała jedna parka. Kobieta bardzo spokojna, coś tam w laptopie klikała, ale jej mężczyzna znosił cały ból świata. Co chwilę brał i odkładał gazetę, wzdychał, stękał, zrywał się z krzesełka, by wychodzić nerwy. Gdy jego kobieta w końcu została zaproszona na salę operacyjną, ten stał się jeszcze bardziej nerwowy i zachowywał się tak, jakby ona miała co najmniej pięcioraczki urodzić metodą naturalną. Na raz. Ciągle wchodził do przedsionka od sali operacyjnej i pytał się, czy to już, czy koniec, czy wszystko w porządku. Sam zabieg to, kurwa, góra 20 minut! A ten zdołał już nawet lekko pielęgniarki poirytować, które broniły wejścia na salę niczym Cerber, ciągle go musiały uspokajać i wypraszać.

Ja wiem, że każdy zabieg i grzebanina w ciele ukochanej to jest duży stres, no, ale psia kość! Nie bądź toksyczny, człowieku, nie emanuj tak tym strachem, weź walnij kielona i daj spokojnie innym znosić swoje obawy w ciszy i spokoju, a nie zarażasz innych swoją nerwowością!

5. Możesz trochę na zabieg poczekać

Miałam się stawić do kliniki o 10.30 w celu przygotowania, zabieg miał być o 11.00, ale na samą salę weszłam ok. 13.00. Mieli po prostu jakąś obsuwę, a z czego ona wynikała, to nie chcę wiedzieć. Dało mi tylko do myślenia, że skoro są opóźnieni, to mogą się spieszyć z zabiegiem i traktować klientów jak laleczki w chińskiej fabryce, czyli „Dawać tutaj, raz, dwa, trzy. Szybciej!”.

6. Nie bój się, jak godzina zabiegu się przesunie

To dotyczy tego wyżej. Okazało się, że moje obawy były niesłuszne. Byłam potraktowana na spokojnie. Same osoby biorące udział w zabiegu były bardzo opanowane, spokojne i nie dawały po sobie poznać, że czas ich goni. Podejście było dokładnie takie, jakie bym sobie życzyła.

7. Poczujesz swąd spalonego mięsa

To może wydawać się żartem, ale do końca tak nie jest. Ja czułam zapach przypalonych włosów w trakcie wykonywania cięcia laserem. Nie był to zapach odrzucający, ale miej taką świadomość, żebyś nagle nie wystraszył się, że przypiekają cię jak kurczaka na rożnie.

8. Po zabiegu będziesz krwawić boleśnie z oczu… i dziąseł

„To najszczersza prawda!” – tak właśnie wyczytałam nieopatrznie gdzieś w internecie. Jest to bujda na resorach. Krew nie będzie ciekła z oczu, nie dostaniesz stygmatów, dziąsła też krwawić nie będą. Jedyne co, to będziesz miał lekko zakrwawione oko, ale to zejdzie przez ten jeden czy dwa dni – wszystko zależy, jak wrażliwe masz oczy. Ja szybko pozbyłam się zaczerwienionego oka, żadne czerwone żyłki czy plamy nie straszyły w nim tygodniami. Po zabiegu też nie miałam twarzy niczym oblanej barszczem! Jedyną widoczną rzeczą, że przeszłam zabieg, to było właśnie zaczerwienione oko i mocne łzawienie. Pamiętaj jednak o tym, że każde oko jest inne i może zdarzyć się większe zaczerwienienie, ale nie spodziewaj się od razu krwawej masakry.

I nie, źrenica też ci nie wypłynie!

9. Będzie tak cię napierdalać, że będziesz brać jedną tabletkę za drugą

Napisałam trochę na wyrost, ale wiem, że są przypadki, kiedy ból po zabiegu tak daje kopa, że się bierze jeden ibuprofen za drugim. Mnie na szczęście to ominęło. Fakt, w pierwszy dzień oko napierdalało, ale ja mięczak nie jestem i ograniczyłam się tylko do jednej tabletki, która pozwoliła mi zasnąć. Zgodnie z kartą informacyjną, ból może pojawiać się nawet przez 3 dni od zabiegu i wtedy zaleca się właśnie wzięcie tabletki.

Co możesz czuć? Oczywiście kłucie, wrażenie piasku pod powieką, szczypanie. Ja dodatkowo czułam tak, jakby oko mi się naprężało boleśnie, taki suchy wytrzeszcz, ale zastanawiałam się, czy to po prostu nie wina kropel, bo po użyciu jednych to wrażenie się pojawiało. Na pewno nie możesz trzeć oka, więc okolice oczu omijaj z daleka, żeby nie potęgować wszystkich dolegliwości.

10. Okulary przeciwsłoneczne twoim przyjacielem

Nigdy okularów przeciwsłonecznych nie nosiłam (bo wada wzroku nie pozwala mi w nich normalnie widzieć, a soczewki jednodniowe zakładałam tylko na specjalne okazje). Kupiłam więc sobie aż 2 pary, a co!

Po samym zabiegu musisz, ale to musisz, nosić okulary. Z kliniki masz z nich wyjść i chronić oczy przed słońcem, a ono będzie cię naprawdę razić. Na karcie informacyjnej mam napisane, że należy zapewniać ochronę oczom przez okres 6 miesięcy po zabiegu przy słonecznej pogodzie. Ale bez przesady – moim zdaniem powinno się je nosić cały czas, jeśli słońce jest intensywne. W końcu po coś te wszystkie filtry UV są.

Sprawdź koniecznie, jakie są inne zalecenia po zabiegu laserowej korekcji.

11. Nikt ci nie powie, co masz zrobić ze swoim czasem

Po zabiegu należy unikać komputera, smartfonów, książek i innych takich. Co więc ze sobą zrobić? Ja postawiłam na audiobooki i słuchowiska radiowe, a przede wszystkim na odpoczynek. Chyba w żadnym okresie swojego życia nie wypoczęłam tak, jak przez pierwszy tydzień rekonwalescencji. Nawet zmarszczki na twarzy mi się zmniejszyły.

Przeczytaj, dlaczego polubiłam słuchowiska radiowe.

Aha, żeby naprawdę dobrze rekonwalescencja przebiegła, najlepiej weź sobie wolne czy L4. Na tydzień. Jako freelancer mogłam sobie pozwolić na labę i zrobiłam sobie zwyczajnie wakacje, kończąc projekty i dając znać klientom, że tymczasowo mnie nie ma. Kolega, który miał zabieg przede mną, załatwił sobie wolne na dwa tygodnie (ma ciężkie warunki pracy, bo jest górnikiem). Ten czas zapewni ci też komfortowe zapuszczanie kropli do oczu, bo te trzeba aplikować nawet co godzinę do 2 tygodni po zabiegu. Po 2 miesiącach mogłam już aplikować 3 razy dziennie i doraźnie, jak mnie coś tam w oku zapiekło czy zabolało.

12. Będziesz spać w osłonkach

Tylko przez tydzień, ale przed każdym pójściem spać będziesz sobie przyklejał osłonkę na oko (plastikowy przezroczysty krążek z dziurkami mocowany do twarzy plastrem). Osłonkę dostaniesz od kliniki albo w pierwszej lepszej aptece (ja dostałam). Jej zadaniem jest ochrona podczas snu, kiedy mimowolnie możesz trzeć, uderzać, czy tam generalnie poduszka będzie ci się w oko wbijać. Dla mnie było to też zabezpieczenie przed kotem, który uwielbia spać na mojej głowie i często boksuje mnie łapami po twarzy, zatem jeśli masz pupila w domu, to na pewno o zakładaniu takiej osłonki musisz pamiętać.

13. Masz zakaz malowania ryjła

To informacja dla kobiet, które myślą o zabiegu, a jednak kwestia wyglądu jest dla nich ważniejsza. Tak, dwa tygodnie będziecie musiały przeżyć bez gładzi, a w szczególności bez makijażu oczu. Dlatego zaplanujcie sobie najlepiej dwa tygodnie wolnego, żeby ten okres w domu przeczekać i jednak nie straszyć ludzi, że miasto opanowało jakieś nieumalowane zombie.

W pierwszy dzień po zabiegu ogólnie nie możesz moczyć oka czy przemywać kosmetykami (płyny micelarne, demakijaż, mydło itd.) – jedyne, co jest dozwolone, to delikatne przykładanie wacika namoczonego w letniej wodzie, aby te wszystkie zaschnięte krople wyczyścić (tak, rzęsy możesz mieć po nich sklejone, oko też może się kleić).

Niektórym metropanom te informacje też mogą się przydać.

14. Sauna, solarium, baseny, morze to zło!

Ale tylko przez miesiąc. Potem możesz być opaloną i spoconą syrenką.

15. Będą mówić, że zabieg przyniósł efekty

A to gówno prawda. Nie spodziewałam się, że nagle obudzę się rano i dostrzegę wszystkie plamy po zabitych komarach na ścianach. Ale liczyłam jednak na jakiś efekt, że nagle zobaczę coś więcej niż tylko rozmazane i nieostre kontury.

Po 2 miesiącach na badaniu kontrolnym miałam wykonane wszystkie testy, które były i przy kwalifikacji do zabiegu. W moim odczuciu badania te były robione na chybcika. Jak dostałam do ręki kartkę do przeczytania, to z pytaniem, którą linijkę jestem w stanie przeczytać. Jak powiedziałam, że trzecią widzę wyraźnie, a drugą to dopiero, jak mocno się wytężę, to dostałam komunikat, żebym się wytężyła i spróbowała. To była cały czas ta sama kartka, co przy poprzednich wizytach i wiele słów już rozpoznawałam po długości, a nie po literkach, co też powiedziałam, że tekst już chyba znam i trochę mija się to z celem. Miałam czytać, to przeczytałam, a w karcie został odnotowany przeskok.

Dodatkowo urządzenia pokazywały, że niby widzę ostrzej. A ja nie widziałam. I nie jest to dlatego, że jestem przekorna i „nie, bo nie”. Może jakaś poprawa techniczna była, ale mój kobiecy mały móżdżek jej zwyczajnie nie zauważył. Dalej odczuwałam przy patrzeniu ten sam dyskomfort, nadal widziałam tak, jakbym miała zasłonięte lewe oko i patrzyła tylko tym prawym. Wciąż ciemniało mi przed oczami, gdy zakrywałam prawe oko i próbowałam patrzeć w dal; wciąż nie rozpoznawałam przedmiotów.

Powiedziałam o tym lekarce. Odpowiedź, jaką uzyskałam, to taka, że przy niektórych wadach czeka się na rezultaty nawet rok. U mnie widoczność powinna się poprawić do 80%, ale nie znaczy to, że będę widzieć (ach, to niedowidzące oko!). Mam się więc uzbroić w cierpliwość. No to się uzbroiłam i ciągle czekam na to, jak spojrzę na faceta i powiem: „Fuuuj, ty to jednak brzydki jesteś!”.

16. Nie każdy widzi efekty od razu

Prawie każda strona internetowa mówiła o tym, że już następnego dnia można zaobserwować wyraźną poprawę oraz podkreślane było to, że „większość pacjentów odzyskuje pełną sprawność widzenia”. W moim przypadku okazało się, że to gówno prawda. Dowiedziałam się tylko tyle, że niektóre wady korygują się w ciągu roku, zatem mogę od razu nie widzieć, ale mam być cierpliwa, bo oko nabierze ostrości etc. Zatem czekam.

17. Zrezygnuj ze sportów najlepiej na miesiąc

Ja zrezygnowałam ze squasha nawet na dwa miesiące. Wszystko przez to, że wolałam być pewna, że wszystko mi się dobrze tam zagoiło i nie chciałam oka narażać za szybko na jakieś urazy czy wytężenia spowodowane „ciężkim sportem”. Bezwarunkowo teraz do gry w squasha noszę okulary ochronne. Pamiętaj, żeby zawsze chronić swoje oczy! Ja wydałam pięć tysiaków na zabieg i nie chciałabym ponownie wylądować na stole tylko dlatego, że piłeczka do squasha pykła mi w oko. No i istnieje jeszcze coś takiego, jak zaćma pourazowa. Pilnuj się!

18. Będzie cię pobolewać oko nawet po rekonwalescencji

Naprawdę. Gdy przez te dwa tygodnie trwania rekonwalescencji jest to normalne, tak potem moim zdaniem nie. Mam ciągle wrażenie, że rzęsa wpadła mi do oka czy wrażenie piasku pod powieką. Nie jest to ból, który każe się zaszyć pod kołdrą i zawodzić jak ranne zwierzę. Jest to dyskomfort, który daje do myślenia, czy kiedyś na sile nie przybierze.

Nie jestem hipochondryczką, zatem w tym miejscu mogę zapewnić, że sobie tego bólu nie wymyślam. Oko jest wyraźnie czulsze – na przykład, myjąc twarz pod prysznicem z zamkniętymi oczami, to właśnie zoperowane oko reaguje na strumienie wody. Nawet, jak dotykam oczu naprzemiennie, to odnotowuję pulsowanie w lewym oku. Nawet, jak maluję oczy cieniami do powiek, to nawet ta gąbeczka i nacisk powoduje u mnie taki nikły, ale jednak, ból. Także oko po operacji wymaga delikatniejszego traktowania.

19. Laserowa korekcja wzroku nie odmieni twojego życia

Tutaj bazuję wyłącznie na moim nieszczęśliwym przypadku. Jestem zgorzkniała, bo ja nie odnotowałam spektakularnych efektów. Ale przypadek znajomego pokazuje, że naprawdę już dzień po można widzieć świat, na forach też o tym przeczytasz. Wszystko więc zależy od twojej wady i ogólnie zdrowia twojego oka.

Chcę tylko, abyś miał świadomość, że ta operacja nie daje 100% pewności, że będziesz widzieć. Nawet Wikipedia mówi o jakiś 92-98% procentach przypadków pacjentów usatysfakcjonowanych. Ja usatysfakcjonowana nie jestem, a moje życie wygląda dokładnie tak samo, jak przed zabiegiem.

20. Nie wyzerują ci wady całkowicie

Chodzi o to, że zawsze zostawiany jest jakiś zapas, czyli nie będzie miał nagle „zerówek”. W moim przypadku zapas to 0,75. Wszystko po to, aby nagle nie przekorektować (tak to się pisze?) wady i z minusów nie stał się plus, czy na odwrót.

21. Po zabiegu i tak możesz nosić okulary

Uparłam się na okulary, mimo małej wady w prawym oku, ale naprawdę – o niebo lepiej w nich widzę i postrzegam świat. Nie wspominając, że po zmroku bez okularów to naprawdę totalna ciemnica, bo wszystko mi się zlewa, a światła latarni czy samochodów to jedne wielkie oślepiające flesze. Szczególnie, że tylko tym jednym okiem odbieram świat i ważne dla mnie jest, aby ten świat był jednak wyraźny.

Pani doktor ciągle mówiła, że w obecnych okularach mogę wyciągnąć lewe szkło i nosić tak okulary do pracy przy komputerze czy do książek. No, ale nie mogłam, ponieważ dotychczasowe okulary były na żyłce i nie da się wyciągnąć sobie szkiełka. Nie wspominając, że mi się zwyczajnie rozwaliły i naprawdę potrzebowałam nowych oprawek i przy okazji dobrać nowe moce szkieł. Potrzebowałam kupić pełne oprawki, które dałyby mi swobodę wyciągania szkieł w zależności od kaprysu. A do tego widziałam na papierach, że parametry mojego prawego oka nie pokrywają się z mocą dotychczasowych szkieł, a prawdą jest, że nawet w okularach super dotąd nie widziałam. I co się okazało? Potrzebowałam mocniejszych. Gdy nosiłam -0,5, tak teraz mam -1,25 i w końcu po założeniu okularów widzę diametralną różnicę. A ja już się bałam, że moje prawe oko również robi się niedowidzące…

Na lewym oku również mam szkło o mocy +0,75, ale miałam powiedziane, że jak tylko będzie mi dziwnie, czy będę odczuwała zawroty głowy, mam to szkło wyciągnąć i wstawić ewentualnie zerówki. I wyciągnęłam. Już na badaniu lekarka długo myślała, czy dać mi zerówki, czy jednak z mocą, dlatego podkreśliła, żebym zwracała uwagę na wszelkie anomalie i szkło w takich sytuacjach wyciągała. Chodzi o to, żeby lewe oko też nauczyło się pracować i nabierać ostrości. Nie chcę więc przyzwyczajać oka do szkieł, niech samo nabierze rozpędu i nauczy się widzieć.

Często chodzę bez okularów dla ćwiczenia oczu, mrużąc je przy tym niemiłosiernie… Przymierzam się do zakupu soczewek tylko na to prawe oko, żeby lewe oko już sobie pracowało na siebie bez konieczności noszenia okularów, np. w słoneczne dni, kiedy to już muszę nosić okulary przeciwsłoneczne.

22. Nie do końca zbadane są efekty i komplikacje zabiegu po latach

Laserowa korekcja wzroku jest właściwie nową metodą. Usłyszałam, że nie do końca wiadomo, jak to oko pozabiegowe będzie wyglądać za dziesięć czy dwadzieścia lat, ponieważ jest to na tyle metoda nowa, że nie są znane jej dalsze konsekwencje. Wiem tylko tyle, że metoda LASIK ma się dobrze od 1990 roku (wtedy to została rozwinięta i stosowana powszechnie), zatem pozostaje mi wierzyć, że jakby cokolwiek było nie tak, to by po tych 26 latach byłoby o tym wiadomo; nie wspominając, że współczesne lasery są jeszcze skuteczniejsze i bezpieczniejsze.

Mnie znajomi straszyli bliznami w oku, wylewającą się źrenicą, zapadnięciem oka… No okej, tylko na mnie to wrażenia nie robiło, ponieważ ja chcę wygrać walkę z niedowidzącym okiem i ryzykiem ślepoty, zatem nawet takie powikłania są mi niestraszne (z opaską na jednym oku jako 50-letnia babka będę wyglądała śmiesznie, ale dam radę).

Czy zdecydowałabym się ponownie na zabieg?

Zdecydowanie tak. W tym wszystkim nie chodzi o to, że nie ma takich efektów, jakich się spodziewałam i nagle jojczenie, żal do świata i ogólnie ryczenie w poduszkę. Nie. Cieszę się, że spróbowałam, bo naprawdę jest to element mojej walki o dobry wzrok i widzenie świata. Gdybym przeniosła się te kilka miesięcy wstecz, mając taką wiedzę, jaką mam teraz, to i tak bym spróbowała. Skoro istnieje choćby cień szansy, żeby mój celownik w lewym oku zaczął sprawniej namierzać świat i ludzi, to będę walczyć.

I wciąż wierzę, że w ten rok od zabiegu naprawdę zobaczę.

[Dopisek dnia 9.11.2017: Po dwóch latach od zabiegu żałuję wydanych pieniędzy. Efekty, jakie mam, nie były warte tych pieniędzy i nerwów. Poznaj najnowszy materiał o tym, że musiałam przejść ponowny zabieg z powodu nikłych efektów i nieprzyjemnych dolegliwości, w tym bólowych.]

___

Na pewno, o czymś zapomniałam napisać, więc jak masz jakiekolwiek pytania o zabieg laserowej korekcji wzroku, pytaj w komentarzu. Ciągle tu przesiaduję, więc i szybko odpowiedź dostaniesz.

Jeśli masz zabieg za sobą, podziel się w komentarzu efektami, szczególnie, jak jakieś są. Dodaj mi skrzydeł i wiary, że ja też się tych efektów doczekam.