Ile za tekst? Przemyślenia o cenniku copywritera

cennik copywritera

Ciężko mi wycenić swoją pracę. Niby tam w głowie standardowe stawki mam, ale w momencie zastoju i tak je obniżam, byle tylko złapać klienta. Co najgorsze, nawet bez zastoju to robię, bo ciągle spierają się we mnie dwa obozy: „ceń się, jesteś tego warta” + „jesteś za droga, nikt cię nie weźmie”. A potem siedzę, pocę się nad tekstem i czuję, że zwyczajnie się kurwię, bo robię za grosze. Dociera do mnie, że moja praca jest po prostu warta więcej. Szkoda, że na początku o tym zapominam.


Ostatnio na dobitkę trzech klientów wprost mi napisało, że „trochę drogo… na tle innych propozycji to dość wygórowane stawki…”. Ja wiem, że są tańsi ode mnie. Wiem, że na rynku można spotkać różne stawki. Wiem, że jest Oferia, gdzie można kupić tekst za 1 zł, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto na taką stawkę się zgodzi. Wiem, że te teksty za 1 zł nie są zbliżone nawet do tych spod moich palców, a niektórym klientom to i tak bez różnicy, bo tekst to tekst.

Przyznam się też do czegoś. Jestem ponad rok na freelancingu (dokładnie to 16 miesięcy). Przez 12 miesięcy od odejścia z etatu tylko przez jeden miesiąc zarobiłam na czynsz. I to nie dlatego, że nie chciało mi się pracować. Nie. Zabiegałam o klientów, robiłam za wyższe i niższe stawki, udzielałam się na grupach, reklamowałam się (wykupiłam też AdWords), odpowiadałam na oferty w fejsbukowych grupach, miałam również stałych zleceniodawców, ale to tylko małe zlecenia. Miałam podpisane umowy o współpracę z dwiema agencjami, z którymi potem wyszła kupa (nie będę publicznie pisała o powodach rozstania się z nimi).

Może mogłabym zarobić więcej, ale zaangażowałam się w jeden bezgotówkowy projekt, który zabrał mi w chuj czasu i to też nie pozwoliło mi zarobić na utrzymanie. Było tak źle, że w październiku podjęłam decyzję o powrocie na etat. Odpowiadałam już na oferty, interesowałam się agencjami w swojej okolicy, nawet wysłałam kilka CV.

Na szczęście trafiła mi się jedna agencja, która dała mi stałe zlecenia co miesiąc w takiej ilości, że o czynsz przynajmniej się nie martwię. Po nowym roku reaktywowali mi się klienci od pojedynczych zleceń, więc jakoś ciułam do swojej zadowalającej wypłaty.

Jednak wciąż we mnie siedzi taka mała Celinka, która słyszy na swoją stawkę, że „w dupie się poprzewracało”. I od razu podkreślę: moje stawki nie są wygórowane. Co to, to nie. Sprawdziłam cenniki innych – copywriterzy, z którymi mam kontakt, biorą takie same albo nawet wyższe kwoty. Zrobiłam nawet test, aby dla jednego serwisu pod moją pieczą zyskać copywritera – stawki, które otrzymałam, były różnorodne, ale w większości przekraczały te moje.

I to jest tak, że dostaję prośbę o wycenę i potem dumam dobre pół dnia. Jeden chłopak na którejś grupie na Facebooku zamieścił case’a ze swojego przypadku, gdzie wrzucił ogłoszenie jako zleceniodawca, i wprost napisał, że niektórzy copywriterzy – po sprawdzeniu referencji i realizacji – się nie cenią, a co najgorsze, już na wstępie proponują obniżenie cen (mimo że na stronach podają inne cenniki). Poczułam się, jakby pisał o mnie.

Stwierdziłam, że to ten czas, aby wziąć się w garść. Dlatego obiecuję sobie, co następuje:

Trzymaj się ustalonej stawki

Co ważne, jak pracowałam na etacie, a na copywritingu dorabiałam sobie na boku, swoich założonych cen się trzymałam, a klientów i tak miałam. Oczywiście, zlecenia były tylko dodatkowe i nie spędzałam nad nimi całego dnia (na chleb dawał mi w końcu etat), ale w ogóle mi przez myśl nie przeszło, żeby stawki obniżać.

Na stronie mam wyraźnie zaznaczone, że za standardowy tekst nie biorę mniej niż 20 zł netto za 1000 zzs. Tak też wysyłam w ofertach w odpowiedzi za zapytanie. Potem, po odezwie klienta, jak już podaje mi konkretne wymagania, często tę stawkę obniżam – nawet bez jego „a może byśmy ponegocjowali?”; robię to z automatu. A potem piszę tekst za 30 zł, za który standardowo wzięłabym 50 zł, zleceń przybywa, a ja czuję się stratna. Albo inny scenariusz – przy drugim zleceniu podaję np. 40 zł, a klient ma już bulwersa, że wcześniej było taniej. I potem milczy.

Muszę więc wyraźnie zaznaczać swoją standardową stawkę, a w przypadku niższej wyceny, też wyraźnie przekazywać, że to np. rabat na pierwsze zlecenie lub po prostu promocja, bo mam wolne moce przerobowe.

Jaki jest problem z obniżaniem stawek? Taki, że w tej walce o klienta (bo przecież lepiej jakiegokolwiek mieć, niż nie mieć go wcale) przestajesz się zwyczajnie cenić. Każdy kolejny artykuł to twoja frustracja, która doprowadza do tego, że potem nie chce ci się pracować, samo pisanie szczęścia nie daje i ciągle myślisz o tych pieniądzach, które utraciłeś, bo nierozważnie stawkę zaniżyłeś. Naprawdę, te grosze, które mógłbyś mieć, siedzą ci tak w głowie, że właściwie tylko o nich myślisz, a radość z pozyskanego klienta po prostu znika.

Nie obniżaj ceny więcej niż o 20%

Do dzisiaj pluję sobie w brodę za te wszystkie zlecenia, które policzyłam za 50% stawki standardowej (bo przecież zlecenie ilościowe, tj. dużo tekstów do pisania). Co boli mnie najbardziej, były to teksty specjalistyczne, które rynkowo chodzą naprawdę drożej, a ja po prostu, mając wolne moce przerobowe i tak samo dużo czasu, obniżyłam radykalnie cenę, byle tylko złapać klienta. Teksty z branży technologicznej i agrobiznesu policzyłam jak zwykłe artykuły lifestylowe. No, popierdoliło mnie.

Nie patrz na stawki innych

Muszę pamiętać o tym, aby w tej walce o klienta nie zagubić swojej godności. Że zawsze można taniej, ale ja mam doświadczenie, wiedzę i „lotność pisarską”, które naprawdę są warte więcej. Są też klienci, którzy o tym się przekonali, utwierdzają mnie w tym przekonaniu i do mnie wracają. Że zawsze znajdzie się Janusz, który mi wytknie, że moja stawka jest wygórowana w porównaniu do innych, ale to ja jestem zawodowym copywriterem z 15-letnim doświadczeniem w pisaniu i dziennikarstwie, po studiach polonistycznych i podyplomówkach z zakresu marketingu, do czego dochodzi również doświadczenie zawodowe z zakresu e-marketingu. Wiem, jak pisać teksty sprzedażowe i inne, zatem powinnam się cenić i wiedzieć, jak wycenić swoją pracę.

Zrób swój własny wewnętrzny cennik

Długo to za mną chodziło, ale w końcu przyszedł czas na spisanie cennika. Zrobię swój kalkulator wycen w Excelu, który weźmie pod uwagę rodzaj, liczbę artykułów i inne kwestie, jak dostarczenie materiałów bazowych. I będę się tego sztywno trzymać.

W poprzedniej pracy na tej samej zasadzie robiłam wyceny innym klientom. Miałam swój kalkulator, zawsze ładnie się go trzymałam, nawet zakładał ewentualne negocjacje cenowe, tj. procent, jaki mogę maksymalnie upuścić. To była doskonała praktyka – zawsze firma była na plusie. Muszę więc do tego wrócić i przestać dumać nad każdym zapytaniem ofertowym z kalkulatorem w ręku, tylko po prostu wrzucić, co wiem, do Excela i od razu mieć gotową stawkę.

[dopisane później] Zrobiłam! Zrobiłam swój kalkulator w Excelu, a na blogu udostępniłam kalkulator do szybkich wycen tekstów!

Wyceń swoją rzeczywistą pracę

Ostatnio miałam przypadek, że dość nierozważnie wyceniłam pewne zlecenie, nie analizując go specjalnie, bo skupiłam się na nazwie firmy (he, he; sporo mi mówiła) i na obniżeniu stawki dla 1500 opisów produktowych, co zrobiłam nawet bez kalkulatora, na hop-siup wyliczyłam to w głowie. Skutek był taki, że szybko przyszło otrzeźwienie, że okej, skupiłam się na liczbach, ale nie skupiłam się nad tym, ile pracy mnie czeka. Że przecież deadline został wyznaczony na konkretną datę, a pewnie będą jeszcze jakieś poprawki, robota się nałoży, mam też inne zlecenia i czeka mnie zapierdalanie z turbomotorkiem w dupie na pięciu kawach dziennie.

Jak wycenia się zlecenie? Na każdym forum, gdzie pada pytanie, ile wziąć za dane zlecenie, w odpowiedzi słyszy się (sama tak doradzam zresztą), że należy wyestymować (uwielbiam to słowo) czas, jaki na zlecenie się poświęci, założyć stawkę godzinową i po prostu na podstawie tego wycenić. Ja o czynniku czasu zapomniałam w powyższym zleceniu, skupiłam się wyłącznie na liczbach, a potem tyłek mnie bolał na samą myśl, ile tak naprawdę pracy mnie czeka. Zlecenie wprawdzie jeszcze niepotwierdzone, ale już dogadałam się z kim trzeba i stawka jednak nie będzie tak głodowa, jak to sobie nierozważnie wyliczyłam. (Pozdrawiam w tym miejscu Maćka!).

To chyba wszystko, co chciałam napisać. Właściwie ten artykuł miał być krótkim wpisem na Facebook, ale chyba musiałam wyrzucić to z siebie, żeby w głowie sobie uporządkować i zakodować raz na zawsze, że zawodowy copywriter warty jest większych pieniędzy i czasy Oferii mam już dawno za sobą. Żeby w tej walce o klienta, która opiera się na cenie (niestety….) nie zapominać o własnej godności, a przede wszystkim o umiejętnościach, na które pracowało się długie lata i też sporo w nie zainwestowało.

 

Masz jakieś inne rady dla tych, co błąkają się po świecie i krzyczą: „Ile mam wziąć?” lub dla rwących włosy z głowy z hasłem: „Co żem uczynił! Za mało żem wycenił!”? Podziel się w komentarzu!

  • GustawMalinowski

    skoro zarabiasz ledwo na czynsz + małe dodatki to nie lepiej zmienić branże?

    • Nie. Jak pisałam, w zeszłym roku wzięłam się za jeden bezgotówkowy projekt, który trwał ponad pół roku, i to też jest powodem moich niskich zarobków (spędzałam nad tym projektem więcej czasu, niż na pisaniu). Teraz jest dobrze – mam stałe zlecenia agencyjne i perspektywę dobrych (nawet bardzo dobrych) zarobków do czerwca.

      Moją branżą jest e-marketing i tak też realizuję się głównie copywritersko, więc branży nie zmienię na pewno, jak już, to formę zarobkowania, to jest wrócę na etat.

      PS Zmieniłam jedno zdanie w tekście, bo wprowadza w błąd. Pisząc o to, że przez rok nie zarobiłam nawet na czynsz, miałam na myśli 12 miesięcy od odejścia z etatu (jestem na swoim dłużej, bo odeszłam z etatu w październiku 2015) – wtedy właśnie zazębił się ten projekt pro bono. Teraz sytuacja zmieniła się na tyle, że o etacie nie myślę.

    • Anna Zaborowska

      Początki takie bywają. Przecież pisze, że inwestowała te pieniądze w reklamę, pracowała też mniej, bo znalezienie klienta trwa. Jestem pewna, że jej się to zwróci.

      • Dokładnie. Też to potraktowałam jako początek i swojego rodzaju inwestycję w siebie. Byłam przygotowana na taki okres finansowo, więc po roku, jak przyszedł bilans i rozstałam się z kolejną agencją (nie z mojej winy), to padła decyzja o powrocie na etat, jednak niespodziewanie trafiły się „plony” (lub marketingowo: ROI) – agencja, która mnie wyhaczyła, trafiła na mnie właśnie z reklam i przekonał ją do mnie m.in. ten blog oraz poziom wypowiedzi na pewnych grupach fejsbukowych. Do tego trafiają mi się osobne zlecenia, zatem mogę powiedzieć, że moja sytuacja się ustabilizowała na tyle, że nie myślę o etacie, a na pewno nie przebranżowię się, bo copywriterem byłam zawsze. To, że nie mam/nie miałam klientów, nie świadczy o moim marnym warsztacie czy źle obranej branży, tylko o próbie osadzenia się na rynku freelance i znalezienia klientów. 🙂

  • Kinga Pałka

    Trzeba walczyć o swoje stawki! A tekst tekstowi nie równy. Sama pisze jako freelancer i wiem – ze jak raz zgodzimy się na przytoczone w przykładzie „teksty za 1 zł” to nigdy z tego nie wyjdziemy. Trzeba realnie cenić czas i pracę – jeżeli robię tekst w 20 minut bo temat przyjemny i mi znany – można zgodzić się na mniej. Jeżeli tekst wymaga zajęcia się nim przez 3 dni – to odpowiedź nasuwa się sama! 🙂

    • Mogę tu tylko napisać: Amen. Wyczerpałaś temat. 🙂 Zawsze należy cenić przede wszystkim swój czas i rzetelnie podchodzić do wyceny swojej pracy. I nie dawać się łapać na „obniżę cenę to zyskam klienta”. Na końcu przecież chodzi o opłacalność naszej pracy, a nie o zysk klienta. 🙂

    • Alot

      ‚Analfabeta’ będzie potrzebował więcej czasu.
      Czy to znaczy, że za tekst nad którym siedział trzy dni trzeba zapłacić jak za trzy dni pracy, gdy ktoś inny taki tekst pisze w dwie godziny?

      Nie sądzę. W pisaniu nie płaci się za dupogodziny tylko za efekty.

      • Spotkałam się już z twierdzeniem, że zdaniem klientów, jak komuś coś dobrze idzie, to powinien brać mniej, bo idzie szybciej. W copy fakt, chodzi o efekt, bo jedni w 10 minut stworzą jakość preclową (bełkot), a inni tekst, który może wzbić się na wyżyny kreatywności. Ale nie oznacza to, że mam mieć zapłacone tylko za 10 minut (nie twierdzę też, że jak za 3 dni). Na tę kreatywność bowiem składają się umiejętności, które się latami zdobywało poprzez kursy i studia, które dzisiaj dają taki efekt. Wycenianie tylko czasu jest totalną pomyłką.

        Masz rację. Płaci się za efekty. W wycenie dla uproszczenia zakłada się roboczogodziny i stawkę za nie, dlatego mówi się o wycenianiu czasu. Każdy copy tę stawkę będzie miał inną, która właśnie jest wypadkową jego umiejętności i efektów pisania. Płaci się też za dzieło – oddaję tekst, na który składa się research, samo pisanie, redakcja i korekta. To, ile czasu mi coś zajmuje, to już moja bajka, klient dostaje próbki, termin wykonania zlecenia i koszt. Akceptuje bądź nie.

        Inna strona. Zdarza mi się czasem pisać teksty typowo pod SEO – moje teksty tworzone w 15 minut odbiegają znacznie jakością od tych tworzonych przez innych. Oznacza to, że mam mieć zapłacone dokładnie tak samo jak inni, bo przecież też mi to zajmuje 15 minut? Nie. Powinnam mieć zapłacone adekwatnie do jakości oddanego tekstu. 🙂

        • Alot

          Jeśli piszący jest szybki dobry, to niższa kwota za tekst rekompensowana jest faktem, że krócej na nią pracował więc ‚w przeliczeniu’ stawka godzinowa wychodzi wyższa.

          Im wyższa kwota tym bardziej uzasadnione jest oczekiwanie, że tekst zrobi rzeczywistą różnicę.
          Po co zatrudniasz dobrego i drogiego autora?
          Żeby zrobił reklamę i nabił odsłony dobrym tekstem.

  • Artur Baranowski

    Ceny za usługi we wszystkich branżach reguluje rynek. A jaki jest rynek, każdy wie – zawsze zajdzie się ktoś, kto zaproponuje o złotówkę mniej za tekst. Ekonomia to regulator, niestety nie jakość pracy.

    • Dokładnie. Ceny się różnią. Ja wpadłam w pułapkę, że chciałam w każdym aspekcie zawalczyć ceną, co finalnie okazało się niekorzystne dla mnie. Muszę pamiętać o tym, że są klienci, którym też zależy na jakości i potrafią tę jakość odpowiednio wynagrodzić. Wiem, że jak są chude czasy, to lepiej tego klienta złapać, ale ja się zapętliłam i przestałam cenić swoją pracę. Wracam już do żywych. 🙂

  • Bardzo dobry artykuł 🙂 Trzymam kciuki za to, abyś się ceniła 🙂

    • Dziękuję. Ten tekst to taka moja spowiedź, ale i przykazania – spisane, wyryte na blogu, więc muszą wejść w życie. 🙂

  • Z ciekawości zaczęłam ostatnio przeglądać ogłosznia na Oferii. I tak się zastanawiam – naprawdę ktoś pracuje za te kilka (w porywach) złotych?

    • Niestety tak. Znam kilku zleceniodawców, którzy z różnych powodów zlecają teksty za złotówkę. Przeraża to, że rzeczywiście są ludzie, którzy za taką stawkę piszą. Najczęściej są to początkujący copy, którzy w ten sposób zdobywają doświadczenie, ale widziałam kilka ogłoszeń nauczycieli. Stawki w innych serwisach są podobne (np. useme, Textbroker).

      • To jest naprawdę przerażające, jak ludzie sami sobie psują rynek. Jak już załapią taką łatkę „tego, co robi tanio”, to przecież wyjść z tego jest bardzo trudno.

        • Niestety, sama jestem tego przykładem, chociaż tekstów za złotówkę nigdy nie pisałam. 😉

  • Jestem początkującym copywriterem i chyba muszę też ustalić stawki. Bo też daję się oszukiwać…

    • Niestety, właśnie to jest błędne koło. Ja już dorosłam do myśli, że obniżać nie będę, przynajmniej nie tak diametralnie. Klienci się przyzwyczaili, że freelancerzy biorą mniej niż agencje, ale to nie oznacza, że mamy robić za grosze i właściwie nie wyceniać swojej pracy.

      PS Mam już przygotowany kalkulator do dokonywania szybkich wycen dla klientów. Jak tylko dopracuję jego wygląd, na pewno na blogu udostępnię. Zachęcam do śledzenia. 🙂

  • Celino, nie obniżaj stawek – dobrze piszesz, masz wykształcenie, doświadczenie w branży. Nie po to przecież, żeby teraz zarabiać najniższą krajową! W każdej branży, nie tylko copywriterskiej, są duże rozwarstwienia. Za stworzenie logo jedni życzą sobie 50 zł, inni 3 000 zł. Jedni i drudzy znajdą swój rynek. Od Ciebie zależy, czy znajdziesz się w tych pierwszych czy drugich 😉

    Ponadto, jak dla mnie, lepiej mieć 3-5 klientów na duże stawki, niż 20 na groszowe. Mniej pracy, więcej czasu dla siebie, na aktywność, rozwój itd. Ponadto jak ja zatrudniam np. fotografa, to go nie pytam, czemu obsługa fotograficzna wesela kosztuje 3 tys. złotych za dzień. I nie buram go, że za dużo zarabia 😉 Nie negocjuję stawek – lubię jego zdjęcia to oszczędzam i biorę. Nie dam rady, biorę kogoś innego. Moim zdaniem klient, który pisze „dlaczego tak drogo?!” to jakiś burak i od takich trzeba się trzymać z dala 😉

    • Przez ostatni rok naprawdę walczyłam ceną o każdego klienta. Ja wiem o tym, że są różne ceny na rynku; doskonale to wiem, tak jak i skąd są te różnice cenowe i że innym w portfele nie zaglądamy. Tu nie chodzi o brak zrozumienia dla tej różnicy, tylko o moje nastawienie, by zdobyć każdego klienta, który się do mnie odzywa, a nie okłamujmy się – tu się wygrywa ceną. Doświadczeniem i jakością też, ale klient, wysyłając kilka zapytań, wybierze tę najtańszą. Dlatego ja już skończyłam zabiegać o każdego klienta – mój komfort psychiczny też jest drogi, więc niech odpowiednio za niego płacą. 🙂

  • Nigdy nie obniżaj stawek sama z siebie, zanim klient o to zapyta! Mówię to z pozycji copywritera, ale też z pozycji klienta, który zleca czasem jakieś drobne zadania innym freelancerom. Zawsze mnie dziwi, że ktoś podaje stawkę za jakąś usługę, np. 60 zł i od razu zaznacza, że przy dłuższej współpracy możemy negocjować. 60 zł dla firmy to naprawdę jest żaden wydatek, po co to jeszcze obniżać?
    I jeszcze dodam, że można znaleźć klientów, którzy płacą 50-100 zł za 1000 znaków specjalistycznego tekstu. Tylko nie na Oferii 🙂

    • Już to wiem. 🙂 Dodam, że tych sytuacji, w których cenę na dzień dobry zaniżałam, nie było aż tak sporo. Mam obecnie komfortową sytuację – stałe zlecenia z agencji, tym bardziej zaniżanie cen jest mi bardzo nie po drodze. Na freelancingu jestem ponad rok, cieszę się więc, że rachunek sumienia przyszedł już teraz, a i trafiają do mnie klienci, którzy wiedzą, że dobry tekst sprzedaje, więc tu ważniejsza od ceny jest jakość.

      PS Na Oferii jestem, a jakże, ale wyłącznie w celach promocyjnych. Nie bawię się tam w niskie stawki, od początku zawsze dawałam swoje i wychodziło, że jestem najdroższa. Mimo to dostawałam bezpośrednie zapytania na skrzynkę i mam z tego jedną stałą współpracę (klient z określonymi wymaganiami, którym nie sprosta tekst za 1 zł). W ramach ofertowania na Oferii udało mi się zdobyć tylko jedno zlecenie – miało być zlecenie na 300 zł, ale finalnie wyszło mniej, ponieważ klient się zwinął, w efekcie więc napisałam za 30 zł opis preparatu do szamba, więc wiesz… Niezbyt „pachnąco” tam się dzieje. 😀

  • Alot

    Przypadek 1. Copywriterka.
    Standardowo proszę o przykładowe teksty oraz wycenę konkretnego materiału.
    Dostaję odpowiedź – stawka wynosi X.
    Odpowiadam – proponuję X+20% i zaczynamy współpracę.
    I wtedy dzieje sie ‚magia’.
    W odpowiedzi dostaję opierdol, że co ja sobie wyobrażam, że ona nie będzie pracowała za taką stawkę, że w ogóle to jak śmiem.
    Co ciekawe, z innego adresu e-mail przesłałem zapytanie nieco zmodyfikowane i dostałem odpowiedź z wyceną jak wcześniej.

    Przypadek 2. Copywriter/pisarz
    Ą i Ę. Stawka Y.
    Miały być miliony odsłon, więc dorzucam bonus za odsłony.
    Na 5 tekstów, średnia unikalnych odsłon 13.
    Zabawne, bo człek ma ponad 200 znajomych na fejsie. Nawet oni nie zaglądali do jego tekstów, choć informował o publikacji.
    Tu dygresja – jeszcze inna autorka potrafiła zebrać na fejsie 50 lajków za publikowany tekst, który widziało 7 osób.

    Przypadek 3. Copywriterka.
    Woła stawkę wynosi X, proponuję X+20%.
    Akceptuje warunki i zaczynamy współpracę?
    Nie. Już nie odpisała.
    Gdy napisałem z innego adresu, odpisała, wyceniła i znów zniknęła.

    Rozumiem ambicje, rozumiem potrzebę godnego zarabiania, ale najpierw trzeba dowieźć – dać klientowi produkt, który robi różnicę.

    • Ona w pierwszym przypadku burzyła się na wyższą stawkę? 🙂

      W przypadku każdego zlecenia trzeba klientowi pokazać, co finalnie otrzyma. Stąd się ma portfolio, podsyła próbki – chodzi przecież o to, aby udowodnić, skąd dana cena wynika, na jaką jakość można liczyć i czy w ogóle akurat ten copywriter będzie nam odpowiadać. Mnie nadal śmieszą copywriterzy, którzy życzą sobie niebotycznych stawek, a nie potrafią nawet podesłać portfolio. Tak, zlecam czasem innym teksty. Tak, widzę, jakie niektórzy mają praktyki.

      BTW – widzę, że bonusy za odsłonę to już powszechna praktyka. Dla jednej firmy tak pisałam, ale się nie odezwali po podesłaniu tekstów, za to widzę mnóstwo spamów na grupach od innych, co dla nich piszą. Ci to zaangażowani bardzo są. 🙂

      • Alot

        Tak. Zaproponowałem nieco wyższą od jej wyceny i dostałem opeer.

        Mamy takie czasy, że każdy jest pisarzem, fotografem, kucharzem, wpisz dowolne.
        Jeśli więc autor chce nawiązać korzystną współpracę, musi pokazać, że to co robi ma wartość. Nie w formie wziętej z sufitu albo podpatrzonej u kogoś stawki (gość pisze, że za felieton pisany z Londynu chce 1800 PLN, bo przecież pisze z Londynu).
        Stawka jest pochodną efektu wywołanego tekstem na grupie docelowej.
        Nie sztuka zapłacić 100, 200 czy 300 złotych za tekst, którego nikt nie przeczyta. Ale jeśli tekst robi 1000 odsłon, to siada się do rozmowy…

        Moim zdaniem podział na stałą niską stawkę oraz bonus odsłonowy to świetnie rozwiązanie.
        Autor musi zdawać sobie sprawę, że autopromocja jest częścią zawodu i jest niezbędna do zbudowania zasięgu,rozpoznawalności i koniec końców reputacji.